Catapultam habeo. Nisi pecuniam omnem mihi dabis, ad caput tuum saxum immane mittam.

„Na ch* mi ten las?” Czyli luźne rozmyślania o tabletach, Internecie i erze post-pc.

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Maj 23, 2012, 19:37

Film i scena z lasem przypomniał mi się jako kultowy synonim nietrafionej (delikatnie mówiąc) użyteczności.

Od publikacji ostatniego wpisu sporo myślałem o tablecie jako urządzeniu. Nie o jakimś konkretnym tablecie, ale ogólnie – o czymś pomiędzy telefonem a komputerem. Słowo tablet – tudzież jego synonim: Ipad – jest ostatnio odmieniane w mediach przez wszelkie możliwe (plus kilka nieistniejących) przypadki, tak samo jak określenie „era post-pc” i „chmura”, to ostatnie najczęściej w zupełnie mylnym kontekście, ale przysłowiowe oj tam, oj tam.

Pamiętam (jak dziś!) czasy, gdy można było zimą grzać sobie stopy przy wiatraku zasilacza blaszanego PC’ta stojącego pod biurkiem, na którym stał monitor CRT. Tylko grzejącego się na nim kota brakowało. Pamiętam też jak wyglądały wtedy laptopy – drogie, wolne, mało kto wierzył, że to właśnie jest przyszłość i już za kilka lat z takim właśnie politowaniem będziemy patrzyć na komputery stacjonarne. Brzmi znajomo?
W momencie gdy przeciętny smartfon dysponuje nieporównywalnie większą mocą obliczeniową niż komputery, użyte do planowania i sterowania lotem na księżyc wszelkie dywagacje na temat przyszłości sprzętu komputerowego tracą sens. Około 7 lat temu pojawiły się pierwsze iPhone i Android oraz eksplozja rynku smartfonów, którą wywołały. Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś wieścił nam, że w 5 lat Internet przeniesie się na dotykowe telefony zostałby wyśmiany tak samo jak 5 lat wcześniej ludzie nie wierzyli w tak szybki rozwój rynku laptopów i tak samo jak teraz większość ludzi uważa, że tablety nie nadają się do pracy. Prawda jest taka, że Internet żyje własnym życiem, ewoluuje i nic „go” nie obchodzi co o tym myślimy. Sam nie jestem bez grzechu, bo jeszcze kilka miesięcy temu uważałem tablety za zbędne i bajeranckie gadżety, obecnie moje poglądy uległy zmianie i to o tym tak naprawdę będzie ten tekst.

Osobiście  nie kupił bym sobie teraz tabletu, co nie znaczy, że nie doceniam jego użyteczności. Gdybym więcej podróżował pewnie bym sobie sprawił, korzystał i był bardzo szczęśliwy. Obecnie nie podróżuję zbyt wiele więc korzystam w domu i również jestem z tego szczęśliwy, gdyż okazuje się, że tablet sprawdza się nie tylko w podróży, choć tam sprawdza się podwójnie lepiej – nie kupiłbym tabletu tylko ze względu na fakt, że póki co nie jest mi konieczny i znam lepsze sposoby na wydanie 1000 – 2000 PLN.

Stety – niestety póki co tablet z definicji jest poświęceniem pewnej części użyteczności jaką oferuje nam współczesny laptop, głównie ze względu na nie tak bardzo dopracowane oprogramowanie i możliwości sterowania (jak dotąd nie wymyślono nic, co mogłoby chociaż próbować równać się z zestawem klawiatura + mysz a współczesne przeglądarki to naprawdę dopracowane i użyteczne narzędzia, spróbujcie zainstalować sobie FF czy Operę sprzed 5 lat a zobaczycie o czym mówię). Ja osobiście cierpię na internetowe ADHD – co chwila zmieniam zakładki, których mam otwartych sporo. Trudno mi skupić uwagę na jednym tekście od początku do końca, czy obejrzeć 3 minutowy filmik na YT bez niecierpliwego przewijania). Z jednej strony nie jestem mocno zarażony plagą prokrastynacji – od dawna nie wchodzę na Demotywatory ani inne tego typu serwisy, na fejsie spędzam relatywnie mało czasu, telewizora w ogóle nie mam więc nie oglądam, często jednak mam poczucie straconego czasu kiedy po prostu wsiąkam na dłuższą chwilę przed laptopem nie robiąc w tym czasie nic szczególnie konstruktywnego – niby coś czytam, ale koniec końca to tylko konsumpcja treści więc można ten czas uznać za zmarnowany (nie mówię tutaj oczywiście o nauce poprzez czytanie dokumentacji czy kursów, tutoriali itp.).

W przypadku tabletu moim zdaniem wada ograniczonej wygody nawigacji staje się zaletą. Nie mam dziesięciu komunikatorów i miliona zakładek dzięki czemu skupiam się na tym co tak naprawdę chcę zrobić. Robię to co miałem zrobić, sprawdzam ew. Fb i Twitter’a, obejrzę jakiś krótki film na Vimeo (spokojnie od początku do końca bez przewijania) i tyle. Jednocześnie przeglądarka jest wystarczająco funkcjonalna by można łatwo i wygodnie – a przede wszystkim szybko –  zrobić to co chce się zrobić. Są zakładki, jest natywna obsługa Flash’a i wszelakich innych technologii webowych (poza Silverlight, ale to mała strata). Uważam to za naprawdę dobry kompromis.

Klawiatura: przyzwyczaiłem się co prawda do klawiatury ekranowej PlayBooka i uważam, że jest naprawdę wygodna – pisze się bardzo przyjemnie, ale nigdy nie będzie tak dobra jak klasyczna, co – moim zdaniem – ponownie jest plusem. Nie jest moim odkryciem, że tanie, szybkie komputery i Internet destrukcyjnie wpływają na poziom słowa „pisanego” – łatwość tworzenia i publikowania treści tworzy internetowe trolle – piszemy byle co, byle jak, o byle czym a zazwyczaj najwięcej piszą osoby które z racji poziomu wiedzy w danym temacie nie powinny się w ogóle wypowiadać. Zaczyna się tzw. „flame war” (np. słynne komentarze na Onecie). Na tablecie pisze się na tyle wygodnie, że można napisać to co się chce napisać a jednocześnie na tyle niewygodnie, że pisze się tylko to co jest warte napisania. Stanisław Lem byłby zadowolony*

Pomimo pewnej ascezy tabletu domyślam się, że kolejne wersje tych urządzeń będą różniły się od obecnych jak pierwsze wielkie i wolne laptopy od tych, z których obecnie korzystamy czy Nokia 3310 od najnowszych smartfonów – czyli jak przysłowiowe niebo i ziemia. Pewnie ktoś stworzy interfejs spisywania myśli przy użyciu analizy fal mózgowych z automatycznym publikowaniem nawet najmniej przemyślanych opinii, okulary od Google pozwolą jednym mrugnięciem oka publikować zdjęcie psiej kupy, w którą właśnie wdepnęliśmy (z filtrem Instagram oczywiście!). Internet już dziś jest jak śmietnik wielkiego miasta w upalne, lipcowe popołudnie, dla mnie tablet to powiew świeżości, coś co pozwala choć przez chwilę widzieć tylko jego ładną stronę, ale obawiam się, że to będzie krótka chwila.

* – Stanisław Lem powiedział kiedyś:  „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”

Reklamy
Tagged with: , , ,

Dziennkiarstwo

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Marzec 26, 2012, 18:00

Coraz gorzej znoszę media, pozbyłem się z domu telewizora, a obecnie coraz to kolejne kanały wiadomości znikają z mojego czytnika RSS. Powody?
Przede wszystkim zaczęło się od kończenia prawie każdego tekstu zachęcaniem do komentowania „A co wy o tym myślicie? Piszcie w komentarzach”, ok mogę to jeszcze znieść, ale obecnie coraz częściej trafiają się teksty, które pytanie mają zawarte już w tytule. Co gorsza wiele z nich w ogóle na to pytanie nie odpowiada lub odpowiada błędnie i głupio. Nagminne jest również formułowanie nagłówków typu „Koniec koalicji, rząd się rozpadł!” i dopiero w tekście informowanie, że chodzi o rząd jakiegoś afrykańskiego kraju. Niby nikt nie mówił, że chodzi o Polskę, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że to celowe wyciąganie kliknięć od użytkownika
Kolejna rzecz to plotki – zaraza serwisów IT, codziennie wszędzie pełno wpisów o rzekomych specyfikacjach nowego IPhone’a IPada, a teraz o podrabianych zdjęciach Samsunga Galaxy SIII. Co gorsza w kółko przewija się kilka tych samych lepiej lub gorzej przerobionych zdjęć czy wyssanych z palca faktów.
Zaraza pudelka zatacza coraz szersze kręgi i obecnie sięga już niestety serwisów tak renomowanych jak Antyweb (który wciąż bardzo szanuję).

Parafrazując słynny cytat mógłbym spytać premiera „Jak żyć?”. Póki co przesiadłem się na Twitter’a gdzie można się szybko dowiedzieć co w trawie piszczy, oraz Engadget i The Verge, które wszystko co będzie pisane w Polsce mają dzień wcześniej 🙂 Spore nadzieje pokładałem w serwisie NaTemat.pl Tomasza Lisa – jest znacznie lepiej, przede wszystkim można tam wejść bez Ab-block’a i nie dostać oczopląsu, jakość tekstów znacznie lepsza, ale mam wrażenie, że po mocnym starcie tendencja jest spadkowa, obym się mylił.

Smutno mi, że tak wygląda ogólny poziom dziennikarstwa internetowego w Polsce, gdy wszędzie widać jak pogoń za kliknięciami i pieniędzmi z reklam niszczy jakość tekstów.

Future is so bright

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Luty 4, 2011, 00:48

Jeśli kiedyś w przyszłości ludzkość natrafi na dziewiczą planetę bardzo podobną do Ziemi i jeśli będzie można na nią podróżować, to pewnie na początku zbudują jakąś stację w której będzie można znaleźć schronienie. Nie wiem co będzie zbudowane w kolejnym etapie, ale stawiam beczkę piwa, że na trzecim miejscu będą szyby naftowe. Nic się nie nauczyliśmy.

Tagged with: ,

Tego wpisu nie ma i nic w ogóle nie ma.

Posted in it, refleksje, tekst by maciejewski on Luty 3, 2011, 00:00

Koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił. Nie nastały Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Nie został, choć skończyło się lat tysiąc, z więzienia swego uwolniony Szatan i nie wyszedł, by omamić narody z czterech narożników Ziemi. Nie zginęli wszyscy grzesznicy świata i przeciwnicy Boga od miecza, ognia, głodu, gradu, od kłów bestii, od żądeł skorpionów i jadu węży. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.
Ale i tak było wesoło.

-Andrzej Sapkowski: Narrenturm

Wszelakie portale wieszczą koniec internetu w związku z wyczerpującą się pulą adresów IPv4. Dlatego też piszę ten tekst 27 stycznia 2011 i ustawię automatyczną publikację na tydzień później, czyli 3 lutego, gdy to zgodnie z doniesieniami dziennikarzy i specjalistów nic już nie będzie (czyżby zemsta Kononowicza?). Szkoda gadania na tę całą nagonkę bo wszystko to nie jest warte przysłowiowego funta kłaków. Jeśli więc czytasz tego posta spójrz za okno czy świat nie wygląda jak w świetnym  web-komiksie Romantically Apocalyptic. Jeśli natomiast świat wygląda dokładnie tak jak wyglądać powinien a Twoje łącze internetowe działa zupełnie tak jak działać powinno (tak samo strony internetowe wyglądają zupełnie tak…) to znak, że pora przestać wierzyć w dziennikarstwo. Pytanie tylko w co w dzisiejszych czasach można jeszcze wierzyć?

blah blah

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Styczeń 31, 2011, 22:00

In the beginning man crated God.

Was it good? Don’t think so.

Tagged with: ,

Quo vadis, photo? czyli essential killing

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Styczeń 27, 2011, 22:00

Uwaga, będzie marudzenie i nudy, więc jak ktoś nie ma ochoty, to można pominąć 😛

Od jakiegoś czasu powoli i stopniowo acz skutecznie spada moja fascynacja fotografią. Z jednej strony nie czuję już ciągłej potrzeby biegania z aparatem (co poniekąd ma swoje uzasadnienie w przesyceniu „rynku” – każdy ma lustrzankę, każdy foci, nudno się robi. Kiedy jakieś 7 lat temu zaczynałem z Zenitem było trochę inaczej, nie narzekam, bo wolny kraj, każdy robi co chce i to jest ok, po prostu mnie się nie chce) z drugiej natomiast inaczej postrzegam fotografię i aspekty współczesnej kultury z nią związane. Co roku w okolicy rozdania nagród World Press Photo głośno się robi o etyce fotografii dziennikarskiej – czy wypada robić zdjęcia umierających z głodu dzieci w Somalii? Fotografować kataklizmy i tragedie ludzi, których którzy w jednej chwili tracą dobytek życia i niejednokrotnie rodzinę, samemu  jednocześnie stojąc z boku? Nie wiem czy jest to fair wobec tych ludzi, czy robi im to różnicę ale moim zdaniem prawdziwa krzywda dzieje się po drugiej stronie poprzez stopniowe i bardzo skuteczne znieczulanaie odbiorcy. Gdzieś w nas ginie empatia spierana z mocą proszku OMO.

Pamiętam z książek „485 dni na Majdanku” Jerzego Kwiatkowskiego czy „5 lat kacetu” Grzesiuka jak bardziej od tragedii i okrucieństwa obozów koncentracyjnych przerażało mnie w jaki sposób więźniowie z czasem obojętnieli i zaczynali po prostu żyć codziennością. Nie pamiętam dokładnie gdzie, ale czytałem też kiedyś wspomnienia jednego z żołnierzy, którzy uwalniali więźniów obozu (nie pamiętam dokładnie o który chodziło) – pisał jak bardzo smutny był widok ludzi, którzy byli tak zobojętniali i wyniszczeni przez cierpienie, że już nawet nie potrafili się cieszyć z odzyskanej wolności jak gdyby jedynym sposobem na zniesienie cierpienia było zupełne wyzbycie się emocji i reakcji na rzeczywistość.

Piszę o tym, bo tak mi się przypomniało gdy zobaczyłem dzisiaj jedno zdjęcie z podpisem autora i taka refleksja mnie naszła, że obecnie już nawet nie posiadanie telewizora nie pomaga gdyż internet świetnie przejął rolę maszynki do prania mózgu.


In the 1991 Gulf War, American pilots bombed a retreating Iraqi convoy. Most US media declined to publish this photo. // Podczas wojny w Zatoce w 1991 roku Amerykańscy piloci zbombardowali uciekający Irakijski konwój. Większość mediów w US odmówiło publikacji tego zdjęcia.

Tagged with: ,

„Amerykańscy naukowcy” czyli „Czy dinozaury nosiły kalesony?”

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Listopad 11, 2010, 22:00

Rozbawiły mnie dziś wpisy Interii i Idg. Pewnie wkrótce kolejne serwisy będą podchwytywały temat i zgodnie z wszechobecną metodą głuchego telefonu pisać coraz większe bzdury. Ostatnimi czasy na portalach często widać fale debilnych artykułów, zaczynających się od niedokładnego (lub błędnego tłumaczenia), nieprawdziwego źródła lub żartu. Następnie tabuny pseudo-dziennikarzy podkradają sobie „njusa” za każdym razem dodając na szybko trochę dramatyzmu i/lub niezweryfikowanych wiadomości z Wikipedii. Skutkiem tego co jakiś czas przez internet przetaczają się buraki o tym ile to Google zużywa prądu na jedno wyszukiwanie (sprostowane przez autora raportu na który się powoływano, okazało się bzdurną interpretacją) czy błędnie opublikowana wiadomość o rzekomej śmierci Steve’a Jobs’a, która spowodowała niemałe zamieszanie w giełdowej wartości akcji tejże firmy.  Jak bumerang wraca bzdurne wieszczenie końca Internetu z powodu braku wolnych adresów IP czy doniesienia o rakotwórczym działaniu marchewek. Niezawodnym sposobem na podniesienie wątpliwej wiarygodności wyssanego z palca artykułu jest powołanie się na słynnych amerykańskich naukowców.

Tak oto dziś  można przeczytać że:

Laptopy mogą osłabiać płodność u mężczyzn

a nawet:

Trzymasz laptopa na kolanach? Będziesz bezpłodny.

Badanie przeprowadzone na State University of New York obejmowało grupę 29 dzielnych śmiałków, którzy celowo trzymali rozgrzane laptopy na kolanach w celach badawczych. Naukowcy cały czas monitorowali temperaturę w okolicach ich kroczy specjalnymi czujnikami.

Badani, by utrzymać balans notebooków trzymali uda razem. W ciągu kilkunastu minut temperatura ich kroczy wzrosła średnio o 2,5 stopnia Celsjusza mimo, że oni sami nie czuli żadnej różnicy.

Taki, na pozór niewielki, wzrost może być bardzo niebezpieczny dla mężczyzn i spowodować m.in. problemy z produkcją spermy. Oczywiście wraz ze wzrostem czasu użytkowania urządzenia rośne także zagrożenie i skala niepożądanych efektów ubocznych.

Jak informuje The Register, to nie pierwsze tego typu badania nowojorskiego uniwersytetu stanowego. Po poprzednich, wykonanych w 2004 roku, badacze doszli do bardzo podobnych wniosków, alarmując przy okazji, że wzrost temperatury w okolicach krocza nawet o 1 stopień Celsjusza może spowodować spadek jakości produkowanego nasienia aż o 40%.

Jak wynika z tego testu (choć w sumie żaden z autorów nie pokusił się o podanie źródła) sprawa jest naprawdę poważna. Jeśli Rząd nie chce już wkrótce mierzyć się ze znacznym pogorszeniem współczynników demograficznych już teraz trzeba działać i to działać z całą stanowczością.

Po pierwsze trzeba zakazać posiadania laptopów (nawet na własny użytek!). Jednak przecież laptopy nie są jedynym czynnikiem powodującym wzrost temperatury męskich stref intymnych i tym samym stwarzającym ryzyko wyginięcia rasy ludzkiej podobnie jak dinozaurów 65 milionów lat temu.

Ciepłe majtki już teraz powinny zniknąć ze sklepowych półek szybciej niż dopalacze a przemyt kaleson powinien być karany pozbawieniem wolności do lat pięciu (co najmniej!). Trzeba jak najszybciej wprowadzić obowiązek noszenia szkockich kiltów i wyjazdów na podróże poślubne wyłącznie do zimnych krajów…

Słów mi brak na głupotę portali internetowych.

1984

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Październik 4, 2010, 23:48

Dajcie mi człowieka a paragraf sam się znajdzie

mawiał Andriej Wyszynski. Okazuje się, że naszemu krajowi bliżej do stalinowskiego reżimu niżby się zdawać mogło.Czuję się jak w „Roku 1984” Orwell’a – jak to jest, że w demokratycznym państwie jeden urząd (Sanepid) dzierży sobie prawo do zamknięcia legalnej (prawnie) działalności na 1,5 roku pod byle pretekstem „szkodliwości społecznej”. To ja teraz otwieram domenę denaturat.pl albo ocet.com i reklamuję tam jaki odlot daje denaturat/ocet. Czekam jak media łykną haczyk i zacznie się nagonka, zorganizować kontr-kampanię, aha, do zabawy potrzeba jeszcze wyborów samorządowych i kiełbasa gotowa – tylko czekać jak Sanepid w asyście Policji (chyba tylko księdza proboszcza brakuje do kompletu) zacznie jeden po drugim zamykać sklepy spożywcze na terenie całego kraju oraz wszystkie inne punkty, gdzie nieletni kupić mogli denaturat, ocet, ale również klej butapren i wybielacz ACE. Gorsza sprawa, że pewnie się pójdzie siedzieć (widzieliście dzisiaj w Faktach zdjęcia z sądu z rozprawy kolesia oskarżonego o sprzedaż dopalaczy? Wyglądały dokładnie jak zdjęcia z programu  „Sędzia Anna Maria Jopek Wesołowska „. Rozbawiło mnie jak potem Minister Sprawiedliwości nazwał sprzedawców dopalaczy „Handlarze śmiercią”. Czy tylko mi pachnie to słynną wypowiedzią Ziobry „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”). Naprawdę smaczna kiełbasa wyborcza.

To już lepiej pójdę schać się wódką, zdemoluję kilka przystanków autobusowych i okradnę staruszkę, za to w naszym  kraju nik mi nic nie zrobi. Codziennie po drodze do pracy mijam (o 7 rano! Punktualni są jak w zegarku) lokalnych „konsumentów” bądź „degustatorów” z insygniami władzy w dłoni, raz na kilka dni wieczorem posłucham odgłosów pijackiej awantury. Ot, Polska, wszystko jest ok, to taka nasza kultura.

Uważam, że dopalacze to syf i nie chcę próbować, ale nie chcę żyć w państwie totalitarnym – jeśli władza nie jest sprawiedliwa, to kto ma być?

Tagged with: ,

Quo Vadis Photo ponownie, czyli Fotofestival 2010

Posted in photo, refleksje, tekst by maciejewski on Maj 23, 2010, 23:48

Autor tekstu pragnie podkreślić, że opinie tutaj wyrażone są głeboko subiektywne i miejscami przesadzone.

Rok temu pisałem subiektywnie o Grand Prix Fotofestiwalu w Łodzi. Nie przemawiał do mnie werdykt Jury, ale nie mnie oceniać, bo się przeca nie znam. W tym roku miałem nadzieję mile się zaskoczyć nowym programem, nowym sponsorem głównej nagrody (firma Sandisk) no i przede wszystkim nowymi wystawami. Miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle. Dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy to inne zdjęcia czy też ktoś przez pomyłkę bądź celowo wywiesił te same. Po powrocie do domu porównałem zdjęcia co ostatecznie rozwiało moje niepewności, bo i spójrzcie:

kupa pinhole 2009:

kupa pinhole 2010:

Im dłużej patrzę na tę kupę (na oryginalność i unikalność odcisku, pozostawionego niechybnie przez przedstawiciela ssaków parzystokopytnych) tym bardziej mam wrażenie, że są to dwa ujęcia tego samego gówna placka.

Cóż jest tak wybitnie artystycznego w wielbłądzich fekaliach, że rokrocznie stają się obiektem wystaw na imprezie aspirującej do miana światowej („9th International Festival of Photography in Lodz”) w mieście pretendującym do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016? Czy nie mamy przypadkiem do czynienia ze spiskiem arabskich hodowców kóz i wielbłądów próbujących przemycić nam tu guano swojego inwentażu i wmówić nam, że lepsze jest niż fekalia naszej polskiej Krasuli (to są fekalia na miarę naszych możliwości)?

Tak na poważnie, to było kilka wystaw, które bardzo mi się podobały(Jenny Matthews, Marcin Sudziński i najlepsza moim zdaniem seria: Phillip Toledano, Katrin Trautner), kilka takich, do których trudno mi się było ustosunkować (Carolle Benitah, Verena Jaekel, Dominika Sadowska) i co najmniej kilka, których sensu, poziomu i jakości nie odnajduję, nie rozumiem i nie doceniam. Przegląd projektów z przeróżnych ASP totalnie mnie rozczarował. Naprawdę, więcej sztuki jest na głównej stronie Digarta niż na przeglądzie szkół artystycznych, Ale to moim zdaniem, bo ja się nie znam na sztuce przez duże S. Próbowałem, bóg mi świadkiem, że próbowałem, niestety nie dałem rady, sorry.

Na pewno niezależnie od moich odczuć Fotofestival jest wydarzeniem na które warto zwrócić uwagę, warto się wybrać i zobaczyć. Zobaczyć dokąd podąża współczesna fotografia, zobaczyć że wciąż istnieje ‚antyflicrowa’ alternatywa, że nie mam racji (jeszcze częściej niż sam zauważam, że nie mam), że fotografia jest bardzo subiektywna i wiele innych „że”. I mimo mojego czepiania się dziękuję ekipie FF z Krzysztofem Candrowiczem na czele. Za rok będzie lepiej, wierzę w to.

Maciej Kozłowski

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Maj 19, 2010, 00:45

Przeglądając zaległe wiadomości w RSS’ach dowiedziałem się właśnie, że zmarł Maciej Kozłowski. Paradoksalnie smutne jest, że po wszystkich filmach, w których grał usłyszałem od kilku osób o tym wcześniej ale zignorowałem wiadomość, że „zmarł aktor no, ten, grał ostatnio w M jak Miłość”. Smutne

Tagged with: ,