Catapultam habeo. Nisi pecuniam omnem mihi dabis, ad caput tuum saxum immane mittam.

„Na ch* mi ten las?” Czyli luźne rozmyślania o tabletach, Internecie i erze post-pc.

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Maj 23, 2012, 19:37

Film i scena z lasem przypomniał mi się jako kultowy synonim nietrafionej (delikatnie mówiąc) użyteczności.

Od publikacji ostatniego wpisu sporo myślałem o tablecie jako urządzeniu. Nie o jakimś konkretnym tablecie, ale ogólnie – o czymś pomiędzy telefonem a komputerem. Słowo tablet – tudzież jego synonim: Ipad – jest ostatnio odmieniane w mediach przez wszelkie możliwe (plus kilka nieistniejących) przypadki, tak samo jak określenie „era post-pc” i „chmura”, to ostatnie najczęściej w zupełnie mylnym kontekście, ale przysłowiowe oj tam, oj tam.

Pamiętam (jak dziś!) czasy, gdy można było zimą grzać sobie stopy przy wiatraku zasilacza blaszanego PC’ta stojącego pod biurkiem, na którym stał monitor CRT. Tylko grzejącego się na nim kota brakowało. Pamiętam też jak wyglądały wtedy laptopy – drogie, wolne, mało kto wierzył, że to właśnie jest przyszłość i już za kilka lat z takim właśnie politowaniem będziemy patrzyć na komputery stacjonarne. Brzmi znajomo?
W momencie gdy przeciętny smartfon dysponuje nieporównywalnie większą mocą obliczeniową niż komputery, użyte do planowania i sterowania lotem na księżyc wszelkie dywagacje na temat przyszłości sprzętu komputerowego tracą sens. Około 7 lat temu pojawiły się pierwsze iPhone i Android oraz eksplozja rynku smartfonów, którą wywołały. Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś wieścił nam, że w 5 lat Internet przeniesie się na dotykowe telefony zostałby wyśmiany tak samo jak 5 lat wcześniej ludzie nie wierzyli w tak szybki rozwój rynku laptopów i tak samo jak teraz większość ludzi uważa, że tablety nie nadają się do pracy. Prawda jest taka, że Internet żyje własnym życiem, ewoluuje i nic „go” nie obchodzi co o tym myślimy. Sam nie jestem bez grzechu, bo jeszcze kilka miesięcy temu uważałem tablety za zbędne i bajeranckie gadżety, obecnie moje poglądy uległy zmianie i to o tym tak naprawdę będzie ten tekst.

Osobiście  nie kupił bym sobie teraz tabletu, co nie znaczy, że nie doceniam jego użyteczności. Gdybym więcej podróżował pewnie bym sobie sprawił, korzystał i był bardzo szczęśliwy. Obecnie nie podróżuję zbyt wiele więc korzystam w domu i również jestem z tego szczęśliwy, gdyż okazuje się, że tablet sprawdza się nie tylko w podróży, choć tam sprawdza się podwójnie lepiej – nie kupiłbym tabletu tylko ze względu na fakt, że póki co nie jest mi konieczny i znam lepsze sposoby na wydanie 1000 – 2000 PLN.

Stety – niestety póki co tablet z definicji jest poświęceniem pewnej części użyteczności jaką oferuje nam współczesny laptop, głównie ze względu na nie tak bardzo dopracowane oprogramowanie i możliwości sterowania (jak dotąd nie wymyślono nic, co mogłoby chociaż próbować równać się z zestawem klawiatura + mysz a współczesne przeglądarki to naprawdę dopracowane i użyteczne narzędzia, spróbujcie zainstalować sobie FF czy Operę sprzed 5 lat a zobaczycie o czym mówię). Ja osobiście cierpię na internetowe ADHD – co chwila zmieniam zakładki, których mam otwartych sporo. Trudno mi skupić uwagę na jednym tekście od początku do końca, czy obejrzeć 3 minutowy filmik na YT bez niecierpliwego przewijania). Z jednej strony nie jestem mocno zarażony plagą prokrastynacji – od dawna nie wchodzę na Demotywatory ani inne tego typu serwisy, na fejsie spędzam relatywnie mało czasu, telewizora w ogóle nie mam więc nie oglądam, często jednak mam poczucie straconego czasu kiedy po prostu wsiąkam na dłuższą chwilę przed laptopem nie robiąc w tym czasie nic szczególnie konstruktywnego – niby coś czytam, ale koniec końca to tylko konsumpcja treści więc można ten czas uznać za zmarnowany (nie mówię tutaj oczywiście o nauce poprzez czytanie dokumentacji czy kursów, tutoriali itp.).

W przypadku tabletu moim zdaniem wada ograniczonej wygody nawigacji staje się zaletą. Nie mam dziesięciu komunikatorów i miliona zakładek dzięki czemu skupiam się na tym co tak naprawdę chcę zrobić. Robię to co miałem zrobić, sprawdzam ew. Fb i Twitter’a, obejrzę jakiś krótki film na Vimeo (spokojnie od początku do końca bez przewijania) i tyle. Jednocześnie przeglądarka jest wystarczająco funkcjonalna by można łatwo i wygodnie – a przede wszystkim szybko –  zrobić to co chce się zrobić. Są zakładki, jest natywna obsługa Flash’a i wszelakich innych technologii webowych (poza Silverlight, ale to mała strata). Uważam to za naprawdę dobry kompromis.

Klawiatura: przyzwyczaiłem się co prawda do klawiatury ekranowej PlayBooka i uważam, że jest naprawdę wygodna – pisze się bardzo przyjemnie, ale nigdy nie będzie tak dobra jak klasyczna, co – moim zdaniem – ponownie jest plusem. Nie jest moim odkryciem, że tanie, szybkie komputery i Internet destrukcyjnie wpływają na poziom słowa „pisanego” – łatwość tworzenia i publikowania treści tworzy internetowe trolle – piszemy byle co, byle jak, o byle czym a zazwyczaj najwięcej piszą osoby które z racji poziomu wiedzy w danym temacie nie powinny się w ogóle wypowiadać. Zaczyna się tzw. „flame war” (np. słynne komentarze na Onecie). Na tablecie pisze się na tyle wygodnie, że można napisać to co się chce napisać a jednocześnie na tyle niewygodnie, że pisze się tylko to co jest warte napisania. Stanisław Lem byłby zadowolony*

Pomimo pewnej ascezy tabletu domyślam się, że kolejne wersje tych urządzeń będą różniły się od obecnych jak pierwsze wielkie i wolne laptopy od tych, z których obecnie korzystamy czy Nokia 3310 od najnowszych smartfonów – czyli jak przysłowiowe niebo i ziemia. Pewnie ktoś stworzy interfejs spisywania myśli przy użyciu analizy fal mózgowych z automatycznym publikowaniem nawet najmniej przemyślanych opinii, okulary od Google pozwolą jednym mrugnięciem oka publikować zdjęcie psiej kupy, w którą właśnie wdepnęliśmy (z filtrem Instagram oczywiście!). Internet już dziś jest jak śmietnik wielkiego miasta w upalne, lipcowe popołudnie, dla mnie tablet to powiew świeżości, coś co pozwala choć przez chwilę widzieć tylko jego ładną stronę, ale obawiam się, że to będzie krótka chwila.

* – Stanisław Lem powiedział kiedyś:  „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”

Reklamy
Tagged with: , , ,

Tego wpisu nie ma i nic w ogóle nie ma.

Posted in it, refleksje, tekst by maciejewski on Luty 3, 2011, 00:00

Koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił. Nie nastały Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Nie został, choć skończyło się lat tysiąc, z więzienia swego uwolniony Szatan i nie wyszedł, by omamić narody z czterech narożników Ziemi. Nie zginęli wszyscy grzesznicy świata i przeciwnicy Boga od miecza, ognia, głodu, gradu, od kłów bestii, od żądeł skorpionów i jadu węży. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.
Ale i tak było wesoło.

-Andrzej Sapkowski: Narrenturm

Wszelakie portale wieszczą koniec internetu w związku z wyczerpującą się pulą adresów IPv4. Dlatego też piszę ten tekst 27 stycznia 2011 i ustawię automatyczną publikację na tydzień później, czyli 3 lutego, gdy to zgodnie z doniesieniami dziennikarzy i specjalistów nic już nie będzie (czyżby zemsta Kononowicza?). Szkoda gadania na tę całą nagonkę bo wszystko to nie jest warte przysłowiowego funta kłaków. Jeśli więc czytasz tego posta spójrz za okno czy świat nie wygląda jak w świetnym  web-komiksie Romantically Apocalyptic. Jeśli natomiast świat wygląda dokładnie tak jak wyglądać powinien a Twoje łącze internetowe działa zupełnie tak jak działać powinno (tak samo strony internetowe wyglądają zupełnie tak…) to znak, że pora przestać wierzyć w dziennikarstwo. Pytanie tylko w co w dzisiejszych czasach można jeszcze wierzyć?

Czy aby na pewno?

Posted in it, refleksje, tekst by maciejewski on Listopad 27, 2010, 22:00

Rozbawił mnie nieco wpis na jednym z niby-informatycznych portali Nextmag.pl. Nie wątpię w rzetelność Kaspersky Lab, bo kto jak kto ale ta firma ma naprawdę ogromny wkład w sprzątaniu syfu po Microsofcie rozwój bezpieczeństwa komputerów, ale najpierw rozbawiło mnie oświadczenie:

Podczas przeprowadzania badania nie zostały złamane żadne zabezpieczenia. Nazwy sieci i ich dokładna lokalizacja nie zostały nigdzie ujawnione, żadne dane nie zostały zgromadzone ani też nie były przetwarzane

Może się czepiam szczegółów, ale policzenie i przeanalizowanie danych o ilości sieci i ich zabezpieczeniach to też zgromadzenie i przetworzenie danych, ale rozumiem że po ostatniej aferze z samochodami Google Street View każdy chce się zabezpieczyć najlepiej jak to możliwe.

Do czego dążę: zaciekawiły mnie bardzo wyniki testu – 33% sieci nie jest w ogóle zabezpieczonych, co wcale prawdą być nie musi, bo np. w moim mieście wszędzie można wyszukać dostępne pozornie nie zabezpieczone sieci, którymi lokalni dostawcy internetu łączą np. poszczególne bloki z głównym węzłem. Skądinąd wiem też, że pomimo braku szyfrowania WEP/WPA na poziomie WIFI urządzenie na końcu odbierze wyłącznie sygnał szyfrowany protokołem SSL przy użyciu zestawu odpowiednich kluczy.

Nie mówię, że Kaspersky Labs nie wzięli takiego faktu pod uwagę (choć sprawdzenie tego mogłoby zostać uznane za próbę włamania się do sieci) ale po raz n-ty kłania się bardzo zły nawyk nie podawania źródła informacji przez autorów artykułów na serwisach internetowych. O ile w prasie drukowanej nie można do tekstu dołączyć 100 stron szczegółowego raportu o tyle w Internecie po to mamy linki, żeby z nich korzystać i uwierzytelniać swoje podsumowania. Na zachodnich portalach technicznych jest to standard, u nas wciąż można tylko wierzyć, że autor (dobrze jeśli w ogóle się podpisze) tekstu nie wyssał z palca.