Catapultam habeo. Nisi pecuniam omnem mihi dabis, ad caput tuum saxum immane mittam.

„Na ch* mi ten las?” Czyli luźne rozmyślania o tabletach, Internecie i erze post-pc.

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Maj 23, 2012, 19:37

Film i scena z lasem przypomniał mi się jako kultowy synonim nietrafionej (delikatnie mówiąc) użyteczności.

Od publikacji ostatniego wpisu sporo myślałem o tablecie jako urządzeniu. Nie o jakimś konkretnym tablecie, ale ogólnie – o czymś pomiędzy telefonem a komputerem. Słowo tablet – tudzież jego synonim: Ipad – jest ostatnio odmieniane w mediach przez wszelkie możliwe (plus kilka nieistniejących) przypadki, tak samo jak określenie „era post-pc” i „chmura”, to ostatnie najczęściej w zupełnie mylnym kontekście, ale przysłowiowe oj tam, oj tam.

Pamiętam (jak dziś!) czasy, gdy można było zimą grzać sobie stopy przy wiatraku zasilacza blaszanego PC’ta stojącego pod biurkiem, na którym stał monitor CRT. Tylko grzejącego się na nim kota brakowało. Pamiętam też jak wyglądały wtedy laptopy – drogie, wolne, mało kto wierzył, że to właśnie jest przyszłość i już za kilka lat z takim właśnie politowaniem będziemy patrzyć na komputery stacjonarne. Brzmi znajomo?
W momencie gdy przeciętny smartfon dysponuje nieporównywalnie większą mocą obliczeniową niż komputery, użyte do planowania i sterowania lotem na księżyc wszelkie dywagacje na temat przyszłości sprzętu komputerowego tracą sens. Około 7 lat temu pojawiły się pierwsze iPhone i Android oraz eksplozja rynku smartfonów, którą wywołały. Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś wieścił nam, że w 5 lat Internet przeniesie się na dotykowe telefony zostałby wyśmiany tak samo jak 5 lat wcześniej ludzie nie wierzyli w tak szybki rozwój rynku laptopów i tak samo jak teraz większość ludzi uważa, że tablety nie nadają się do pracy. Prawda jest taka, że Internet żyje własnym życiem, ewoluuje i nic „go” nie obchodzi co o tym myślimy. Sam nie jestem bez grzechu, bo jeszcze kilka miesięcy temu uważałem tablety za zbędne i bajeranckie gadżety, obecnie moje poglądy uległy zmianie i to o tym tak naprawdę będzie ten tekst.

Osobiście  nie kupił bym sobie teraz tabletu, co nie znaczy, że nie doceniam jego użyteczności. Gdybym więcej podróżował pewnie bym sobie sprawił, korzystał i był bardzo szczęśliwy. Obecnie nie podróżuję zbyt wiele więc korzystam w domu i również jestem z tego szczęśliwy, gdyż okazuje się, że tablet sprawdza się nie tylko w podróży, choć tam sprawdza się podwójnie lepiej – nie kupiłbym tabletu tylko ze względu na fakt, że póki co nie jest mi konieczny i znam lepsze sposoby na wydanie 1000 – 2000 PLN.

Stety – niestety póki co tablet z definicji jest poświęceniem pewnej części użyteczności jaką oferuje nam współczesny laptop, głównie ze względu na nie tak bardzo dopracowane oprogramowanie i możliwości sterowania (jak dotąd nie wymyślono nic, co mogłoby chociaż próbować równać się z zestawem klawiatura + mysz a współczesne przeglądarki to naprawdę dopracowane i użyteczne narzędzia, spróbujcie zainstalować sobie FF czy Operę sprzed 5 lat a zobaczycie o czym mówię). Ja osobiście cierpię na internetowe ADHD – co chwila zmieniam zakładki, których mam otwartych sporo. Trudno mi skupić uwagę na jednym tekście od początku do końca, czy obejrzeć 3 minutowy filmik na YT bez niecierpliwego przewijania). Z jednej strony nie jestem mocno zarażony plagą prokrastynacji – od dawna nie wchodzę na Demotywatory ani inne tego typu serwisy, na fejsie spędzam relatywnie mało czasu, telewizora w ogóle nie mam więc nie oglądam, często jednak mam poczucie straconego czasu kiedy po prostu wsiąkam na dłuższą chwilę przed laptopem nie robiąc w tym czasie nic szczególnie konstruktywnego – niby coś czytam, ale koniec końca to tylko konsumpcja treści więc można ten czas uznać za zmarnowany (nie mówię tutaj oczywiście o nauce poprzez czytanie dokumentacji czy kursów, tutoriali itp.).

W przypadku tabletu moim zdaniem wada ograniczonej wygody nawigacji staje się zaletą. Nie mam dziesięciu komunikatorów i miliona zakładek dzięki czemu skupiam się na tym co tak naprawdę chcę zrobić. Robię to co miałem zrobić, sprawdzam ew. Fb i Twitter’a, obejrzę jakiś krótki film na Vimeo (spokojnie od początku do końca bez przewijania) i tyle. Jednocześnie przeglądarka jest wystarczająco funkcjonalna by można łatwo i wygodnie – a przede wszystkim szybko –  zrobić to co chce się zrobić. Są zakładki, jest natywna obsługa Flash’a i wszelakich innych technologii webowych (poza Silverlight, ale to mała strata). Uważam to za naprawdę dobry kompromis.

Klawiatura: przyzwyczaiłem się co prawda do klawiatury ekranowej PlayBooka i uważam, że jest naprawdę wygodna – pisze się bardzo przyjemnie, ale nigdy nie będzie tak dobra jak klasyczna, co – moim zdaniem – ponownie jest plusem. Nie jest moim odkryciem, że tanie, szybkie komputery i Internet destrukcyjnie wpływają na poziom słowa „pisanego” – łatwość tworzenia i publikowania treści tworzy internetowe trolle – piszemy byle co, byle jak, o byle czym a zazwyczaj najwięcej piszą osoby które z racji poziomu wiedzy w danym temacie nie powinny się w ogóle wypowiadać. Zaczyna się tzw. „flame war” (np. słynne komentarze na Onecie). Na tablecie pisze się na tyle wygodnie, że można napisać to co się chce napisać a jednocześnie na tyle niewygodnie, że pisze się tylko to co jest warte napisania. Stanisław Lem byłby zadowolony*

Pomimo pewnej ascezy tabletu domyślam się, że kolejne wersje tych urządzeń będą różniły się od obecnych jak pierwsze wielkie i wolne laptopy od tych, z których obecnie korzystamy czy Nokia 3310 od najnowszych smartfonów – czyli jak przysłowiowe niebo i ziemia. Pewnie ktoś stworzy interfejs spisywania myśli przy użyciu analizy fal mózgowych z automatycznym publikowaniem nawet najmniej przemyślanych opinii, okulary od Google pozwolą jednym mrugnięciem oka publikować zdjęcie psiej kupy, w którą właśnie wdepnęliśmy (z filtrem Instagram oczywiście!). Internet już dziś jest jak śmietnik wielkiego miasta w upalne, lipcowe popołudnie, dla mnie tablet to powiew świeżości, coś co pozwala choć przez chwilę widzieć tylko jego ładną stronę, ale obawiam się, że to będzie krótka chwila.

* – Stanisław Lem powiedział kiedyś:  „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”

Tagged with: , , ,

And all I got was this… cool, free tablet czyli jak trafił do mnie Blackberry Playbook

Posted in photo, refleksje, tekst by maciejewski on Kwiecień 18, 2012, 19:00

Wstęp

Jakiś czas temu na pewnym blogu trafiłem na informację: FREE BlackBerry PlayBook for Android developers. Wyślij nam swoją aplikację dla Android a dostaniesz od nas tablet za free. Zasadniczo w takich akcjach jedyne co można dostać to trojan, ew. worek spamu, ale tym razem link kierował do oficjalnej strony BlackBerry i im więcej czytałem tym bardziej prawdziwa wydawała się ta akcja.

Jako że moja aplikacja (o niej więcej w kolejnych wpisach) zbliżała się do fazy beta postanowiłem spróbować sił i już półtora miesiąca później kurier z uśmiechem na ustach dostarczył do moich drzwi paczkę z tabletem BlackBerry Playbook 16GB. Dzięki uprzejmości producenta/nadawcy, który na dokumentach przewozowych umieścił magiczny dopisek „GIFT” urząd celny nie poprosił mnie o opłacenie cła/podatku VAT. Żyć nie umierać.

rycina 1: rzeczony PlayBook, w tle klasyczny łódzki parapet

Zanim przejdę do dalszej części wpisu chciałbym publicznie wyrazić niezadowolenie z faktu iż żaden z polskich serwisów internetowych zajmujących się informacjami z dziedziny IT ani żaden poważny blog IT nie zechciał napisać o tej akcji, choć na pewno w materiałach prasowych dostali informacje. Nie mogę powstrzymać się przed ponownym nawiązaniem do treści rodzimych serwisów IT, z których każdy kładzie (a jeśli nie, to powinien!) duży nacisk na branżowego czytelnika – a taki właśnie czytelnik byłby zainteresowany tą akcją, bo nie święci garnki lepią – nie był to typowy konkurs, gdzie nagrodę zgarnie kilku mistrzów, którzy zęby zjedli na Androidzie od wersji 1.0 tylko zmasowana akcja. Praktycznie każdy obeznany z programowaniem miał spore szanse na nagrodę, która jeszcze niedawno kosztowała w Polsce 2000 zł (obecnie z racji napływu sporej ilości urządzeń właśnie z tego konkursu ceny znacznie spadły o ponad 50%!).

Tak naprawdę tylko utwierdzam się w przekonaniu, że nie warto czytać Polskich serwisów gdzie i  tak większość to lepsze lub gorsze (zazwyczaj to drugie) tłumaczenia wczorajszych wiadomości z zagranicznych stron.

Chyba spełnia potrzeby mojej tylnej części, teraz proszę nie przeszkadzać - będę spać.

Tyle marudzenia, wróćmy do tematu. Jak widać na załączonym obrazku rozpakowanie przesyłki wszystkim domownikom dało dużo radości. Wysokiej jakości folia bąbelkowa, którą zabezpieczona była paczka świetnie zastępuje poduszkę 🙂

Sprzęt

Wewnątrz pudełka poza samym urządzeniem znaleźć można:

Ładowarkę – tu duży plus za uniwersalną wtyczkę umożliwiającą podłączenie do gniazdka zarówno w Kanadzie jak i Europie, drugi za pomarańczową końcówkę, żeby nie pomylić ładowarek (i nie podłączyć smartfona pod prąd stały 2A – nawet jeśli go to nie usmaży, to na pewno skróci żywotność baterii) i trzeci największy za wykorzystanie standardowego złącza mikro USB (więcej szczegółów poniżej, w sekcji złącza gdzie opisuję wszystkie porty)

Szmatkę do czyszczenia (drobiazg, ale przydatny, bo ekrany łatwo łapią odciski palców)

Piankowy pokrowiec, naprawdę świetny, chyba żaden inny producent nie dostarcza pokrowca do urządzeń.

Stajla pokrowiec

Od wewnątrz jeszcze bardziej stajla.

Po włączeniu urządzenia zobaczyliśmy naprawdę ładną animację startową, czas uruchamiania urządzenia nie powala na kolana ale nie jest też zbyt długi, myślę że mieści się w standardzie, poza tym nie robi się tego zbyt często więc nie ma co walczyć o sekundy i porównywać z konkurencją.

Pierwsze wrażenie pracy z systemem jest bardzo pozytywne, cały system został spolszczony, to miłe. Graficznie jest bardzo przyzwoity – bez zbędnych fajerwerków, ale jednocześnie bardzo dopracowany i przemyślany. Myślę, że bliżej mu do IOs i Ipada niż do Androida (który moim zdaniem urodą nie grzeszy). Elementy graficzne są bardzo ładnie wykonane, aplikacje systemowe różnią się od siebie i mają przemyślany styl graficzny dopasowany do funkcji (klient poczty trochę oficjalny, przeglądarka zdjęć bardziej na luzie). Ładne wysokiej jakości tapety, które można oczywiście zastąpić własnymi zdjęciami/obrazkami. Myślę, że oprawa graficzna to bardzo mocna strona urządzenia, co ponoć jest standardem marki BlackBerry (ponoć, bo jest to pierwsze urządzenie tej marki jakie widzę na oczy).

O samym dizajnie można powiedzieć dużo i jednocześnie nic, bo co tu mówić o gładkiej, czarnej bryle? Jeśli komuś wydaje się, że gdzieś to już widział to ma rację  (nie, nie u Apple!). Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że autorem dizajnu tego (jak i chyba wszystkich) tabletów był Stanley Kubrick (tudzież jego scenarzysta) gdyż zaledwie stalowe logo na tylnej ściance i sloty oraz przyciski na bocznej krawędzi burzą monolityczną konstrukcję. Można jednak ustawić tablet pod takim kątem, że wygląda dokładnie jak monolit z „Odysei Kosmicznej 2001” 🙂

Pierwszy tablet w historii

Włącznik/wybudzanie, głośność, odtwarzanie/pauza

Złącza

Na uwagę zasługują port HDMI i złącze mikro USB, które niestety nie zawsze są obecne a pozwalają na łatwe podłączenie urządzenia do telewizora oraz przesyłanie danych i ładowanie tym samym przewodem USB lub ładowarką, których używamy do naszego smartfona (z tego co widzę to Samsung Galaxy Tab nie ma HDMI, Motorola XOOM HDMI ma, ale to 10 calowy tablet i ok. 2x wyższa cena, natomiast żadne z nich nie korzysta z wejścia mikro USB do ładowania co powoduje konieczność wożenia dodatkowej ładowarki).

Ekran i głośniki to kolejne bardzo mocne strony produktu – obraz jest śliczny, dźwięk wyraźny i głośny. Naprawdę, w tej kwestii nie można się do niczego przyczepić. Głośniki umieszczone są z przodu po obu stronach ekranu. Piątka z plusem.

W odróżnieniu od konkurencji PlayBook nie posiada złącza karty SD ani modułu 3G. Z kartą SD problem może być jeśli chcemy np. obejrzeć zdjęcia z aparatu – czasem faktycznie by się przydało, ale raczej niezbyt często. Pojemność 16 GB (są też 32GB i 64GB) powinna wystarczyć każdemu (mnie na pewno).

Co do modułu 3G, to moim zdaniem jego montowanie i tak nie ma sensu, bo trzeba by mieć osobną kartę SIM i płacić za internet. W zamian za to BlackBerry oferuje możliwość korzystania z internetu po sparowaniu tabletu z telefonem przy użyciu łącza Bluetooth – sprawdziłem, z Samsungiem Galaxy S sparował się bez problemu, co cieszy gdyż mam nielimitowany internet w telefonie i tym sposobem płacę raz a korzystam dwa razy = PROFIT!

Mikro USB, mikro HDMI, port stacji dokującej.

Obsługa

Na urządzeniu poza przyciskami regulacji głośności i przyciskiem włączania/wybudzania nie znajdziemy żadnych przycisków obsługi. Dosłownie – żadnych, ale jeśli komuś wydaje się, że obsługa urządzenia będzie niewygodna jest w wielkim błędzie, gdyż do obsługi służy ramka wokół ekranu. Co do samego faktu istnienia ramki, to fajnie jak by jej nie było w ogóle (jak np. Samsung Galaxy Note), ale we wszystkich tabletach (Xoom, Galaxy Tab czy Ipad) występuje i jej wielkość jest praktycznie taka sama jak u konkurencji, z tą jednak różnicą, że smutne i zapomniane przez konkurencję pole zostało wykorzystane do nawigacji. Jeśli chcemy otworzyć menu programu przesuwamy palcem z górnej ramki na obszar ekranu. Dolne menu/menadżer aplikacji – z dolnej ramki na obszar ekranu górny pasek systemu – przesuwamy palcem z lewego bądź prawego rogu, lewy dolny róg to klawiatura. Tak samo można przełączać się między pełnoekranowymi aplikacjami używając bocznych ramek i dzięki temu gesty nie kłócą się z obsługą dotyku wewnątrz samej aplikacji. To naprawdę świetne i genialne w swojej prostocie rozwiązanie.

Należy również zauważyć fakt bardzo dobrej obsługi systemu pod kątem pracy z wieloma aplikacjami równocześnie. Można w ustawieniach wybrać czy aplikacje nieaktywne mają być wstrzymywane czy też mają działać nadal a przełączanie się między jedną a drugą wymaga jednego muśnięcia palcem – dosłownie! Chyba nawet Android 4 nie ma tak wygodnej obsługi (że nie wspomnę o Androidzie 2.x, gdzie nieaktywne aplikacje mogą zostać zabite jeśli tylko system uzna to za stosowne).

Waga urządzenia jest nieco większa od konkurencyjnych urządzeń tej wielkości, ale nie jest to różnica, którą można odczuć w ręce. Fakt, że pierwszego dnia po kilkunastu minutach korzystania z tabletu  można poczuć zmęczenie nieprzyzwyczajonych do takiego urządzenia rąk, jednak po kilku dniach korzystania dłonie przyzwyczajają się i problem ustępuje. Zapewne można by zmniejszyć wagę urządzenia, ale kosztem wytrzymałości urządzenia i czasu pracy baterii. Ogólnie tablet sprawia wrażenie solidnego. W crash testach na YouTube znajduje się nieco powyżej średniej – przetrwał pierwszy upadek (ledwie) gdzie iPad, Motorola XOOM i Samsung Galaxy Tab poległy już przy pierwszym podejściu, jednak nie ma co się oszukiwać – upadek na beton z wysokości 1 metra kończy się potłuczonym ekranem. Chyba nikt nie spodziewa się niczego innego, jest to absolutny standard w tej klasie.

Kamera i logo w tle (rozmyło się)

Aplikacje

Na pierwszy ogień poszła przeglądarka internetowa i tutaj ponownie jest bardzo dobrze. Są zakładki, jest obsługa Flasha (oraz HTML5), działa bardzo płynnie i wygodnie, jest to bardzo duży plus i bardzo mocna strona urządzenia (podwójnie istotne, że to chyba najważniejsza funkcja tabletu). Świetnie działa odtwarzanie wideo (zarówno filmy jak i strumienie w czasie rzeczywistym), można oglądać przeglądarkową telewizję. Bez problemu można też odtwarzać wideo na pełnym ekranie (Fakty TVN, których na komputerze z systemem Linux/Windows nie da się przestawić na full screen a tutaj nagle można). Jedyny minus – choć nie wiem po czyjej stronie leży problem – Google rozpoznaje przeglądarkę jako mobilną i pomimo pełnoprawnej rozdzielczości i mocy procesora Gmail czy Czytnik Google ładują się w wersji dla telefonów (z dużo uboższą funkcjonalnością). W Gmailu można to jeszcze przełączyć, ale w Czytniku niestety nie udało mi się znaleźć takiej możliwości.

Klawiatura systemowa  mocny standard – nic odkrywczego, nie powala, ale jednocześnie nie trzeba uczyć się jej obsługi, przeciętny Kowalski będzie zadowolony, geek już niekoniecznie. Należy jednak podkreślić podpowiadanie polskich słów po wpisaniu pierwszych liter oraz możliwość wpisania polskich znaków diakrytycznych oraz obsługę multitouch. Jak na klasyczną klawiaturę ekranową bez bajerów typu Swype itp. jest bardzo wygodna i dopracowana. Mogę powiedzieć, że 7 cali to rozmiar, na którym wygodnie pisze się dwoma kciukami mając całą klawiaturę ekranową dostępną i gdy się do niej przyzwyczaić, to całkiem wygodnie się na niej pisze.

Przeglądarka internetowa - tryb pełnoekranowy

Aparat/kamera: W oczekiwaniu na paczkę zajrzałem na YouTube żeby zobaczyć filmy i zdjęcia jakie można zrobić tym urządzeniem. Wiem, że tablet to nie aparat i o ile można zrobić nim zdjęcie/film to wygląda się dość śmiesznie, jednak jeśli już mamy go w ręce a np. nasz kot robi coś śmiesznego wygodnie jest móc wykorzystać wbudowaną kamerę. w filmikach na YT nakręconych PlayBookiem zaobserwowałem nieładny efekt jakby galaretki przy poruszaniu kamerą (znany ze starszych telefonów). Jak wielkie było moje zaskoczenie gdy okazało się, że mój tablet kręci filmy prawie tak dobre jak mój SGS i nie ma mowy o jakimkolwiek dygotaniu obrazu, stabilizacja eliminuje efekt drżenia rąk, obraz jest ostry i wyraźny w jakości 1080p. Kamera to kolejny świetny element, można by marudzić, że nie ma doświetlania diodą LED, ale nie można mieć wszystkiego (SGS też nie ma, dopiero SGS2 dostał).

Przednia kamera również oferuje bardzo dobrą jakość obrazu. Wśród systemowych aplikacji znajdziemy program do wideo czatu, przy pomocy którego połączymy się z dowolną osobą, pod warunkiem, że ta osoba będzie również posiadała takie samo urządzenie PlayBook :/ Niestety w chwili obecnej nie udało mi się połączyć przy pomocy żadnego innego protokołu. Nie ma Skype, nie ma wtyczki Google Talk. Wielka szkoda, że nie można wykorzystać bardzo dobrej kamery i równie dobrego mikrofonu. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu gdy pojawi się obiecywana aplikacja Skype.

Siedem cali, niby mało ale jednak dużo

Dalej mamy jeszcze bardzo ładną i szybką aplikację pogody – bardzo lubię z niej korzystać, można w kilka sekund sprawdzić pogodę na dziś i kilka dni do przodu, ustawić kilka różnych lokalizacji – po raz kolejny standard, ale bardzo solidnie wykonany.

Z klienta poczty korzystałem dość mało, ale aplikacja jest przemyślana i praktyczna, aplikacja czytnika wiadomości jest dość ciekawa, ale żeby dodać kanał musimy wpisać dość szczegółowo jego adres (np. spidersweb.pl/feed). Może to być o tyle kłopotliwe, że nie wszyscy publikują dokładne adresy kanałów RSS. Szkoda, że nie mamy tak dobrej funkcji jak w Czytniku Google gdzie wystarczy podać adres strony a aplikacja sama znajdzie kanał RSS. Natomiast gdy już wpiszemy adres czyta się bardzo przyjemnie. Domyślnie aplikacja oferuje spory zestaw predefiniowanych kanałów, ale nie ma wśród nich żadnych polskich :/

Czytnik RSS, całkiem ładny.

Dodatkowe aplikacje – market

Na pewno należy wziąć pod uwagę fakt, że ekosystem BlackBerry PlayBook jest bardzo młody – wersja systemu 2.0, która jest pierwszą w pełni operacyjną została wydana raptem dwa miesiące temu, więc całość rynku dopiero się rozkręca. Wczoraj wydano aktualizację 2.0.1 więc jest również spora szansa, że producent będzie wspierał dalszy rozwój platformy.

Oczywiste jest, że w przypadku smartfonu czy tabletu możliwość instalowania dodatkowych aplikacji jest niemal tak samo ważna jak podstawowe wbudowane aplikacje czy jakość sprzętu. Tutaj nie ma co ukrywać – PlayBook to nie Android  i o takim wyborze aplikacji możemy zapomnieć, przynajmniej póki co. Jest co prawda Angry Birds, ale tylko Seasons i Rio a do tego płatne 12zł każde. Dużo i nie, ja póki co nie przekonałem się do płacenia za aplikacje. Na laptopie mam Linuksa i darmowe oprogramowanie, w telefonie Android i darmowe oprogramowanie.

Z drugiej jednak strony w sklepiku BlackBerry znajdziemy dość dużo darmowych aplikacji, z każdym dniem coraz więcej(!). Jeśli korzystacie z tabletu dość mało, to i tak nie ma czasu ogarnąć wszystkiego. Jest kilka naprawdę świetnych gier za darmo: Modern Combat, Asphalt 6, NFS Undercover, Frisbee Forever, codziennie pojawiają się lepsze i gorsze mini gry typu Tetris itp. Kilka dni temu pojawiło się genialne Machinarium (12zł czyli tyle samo co na Itunes!, na Android w ogóle nie wyszło) więc jest szansa na nadchodzącą Botaniculę. Jeśli chodzi o gry, to jeśli grać od początku do końca, to nie da się znudzić, ale jeśli ktoś każdą aplikację odpala na 5 minut po czym szuka innej będzie zawiedziony, bo lista jest znacznie krótsza od rozmachu sklepu Google.

W kwestii aplikacji użytkowych sytuacja wygląda dość podobnie – zestaw aplikacji nie jest tak ogromny jak Google Play, ale pokrywa główne potrzeby użytkownika. Jest fajny klient Dropbox’a, kilka lepszych lub gorszych czytników ebook’ów, komunikatory (o ile ktoś używa jeszcze czegoś poza Fb/Twitter/Email, jest nawet aplikacja do GG, ale nie testowałem), odtwarzacze audio/video są dobre systemowe. Na pewno nie ma co marzyć o rozmachu Android Market’u Google Play i trzeba przeboleć fakt, że wiele programów darmowych dla Android w sklepie BlackBerry są płatne – acz podkreślam, że jest to decyzja autorów aplikacji a nie RIM/BlackBerry, jednak jeśli korzystamy z tabletu do przeglądania internetu, komunikacji, czasem trochę pograć to nie będziemy rozczarowani, szczególnie, że tutaj również lista codziennie się wydłuża.

SGS i Playbook.

Podsumowanie

Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że tablet spełnia moje potrzeby na tyle, na ile go używam, czyli jako dodatkowego urządzenia do przeglądania internetu, oglądania filmów na Youtube czy Vimeo, czasem grania w gry. Przede wszystkim brakuje Skype lub czegoś co dałoby możliwość zadzwonić na komputer czy tablet z Androidem, na pewno również będziemy tęsknić za ulubionymi aplikacjami z Android’a, ale z ilu tak naprawdę korzystamy a ile z tych, z których korzystamy i tak nie nadaje się na tablet (bo przecież nie pójdę z nim na spacer robić fotki Instagramem).

Na pewno PlayBook bije na głowę konkurencję stosunkiem jakość sprzętu/cena. Za 800zł można mieć zupełnie nowe urządzenie, które jakością i parametrami dorównuje tym z najwyższej półki. Dodatkowo jako jedyny tablet na rynku natywnie obsługuje treści flash w przeglądarce (gdzie Apple powiedziało, że się nie da a w ogóle Flash to zło).

Moja ocena

Na telefonie mam zainstalowanych kilkadziesiąt aplikacji, korzystam z kilku. Na tablecie czas spędzam w internecie, czasem w coś zagram, 100 razy na dobę sprawdzam pocztę/Twittera/Facebook. Jeśli masz podobny styl do mojego a dodatkowo wolisz dopracowaną aplikację kalendarza zamiast hipsterskiego Instagram’a byłbyś zadowolony z takiego tabletu.

Jeśli przywiązujesz się do kilku aplikacji, z których korzystasz i ich dopracowanie jest dla ciebie istotne to będziesz bardzo zadowolony(a).

Jeśli jesteś mobilnym biznesmenem, tablet potrzebujesz do zarządzania czasem i zadaniami a Ipad przypomina ci sedes lub chromowaną mydelniczkę – kup PlayBook’a, będziesz zachwycony, jeśli do tego masz smartfon BlackBerry nawet nie myśl o innym tablecie.

Jeśli natomiast lubisz mieć codziennie dziesięć nowych aplikacji, chcesz logować się z tabletu na FourSqare, zmieniasz wygląd systemu, lock screen itp. będziesz rozczarowany – kup coś z Androidem.

Tagged with: , , , , ,

Dziennkiarstwo

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Marzec 26, 2012, 18:00

Coraz gorzej znoszę media, pozbyłem się z domu telewizora, a obecnie coraz to kolejne kanały wiadomości znikają z mojego czytnika RSS. Powody?
Przede wszystkim zaczęło się od kończenia prawie każdego tekstu zachęcaniem do komentowania „A co wy o tym myślicie? Piszcie w komentarzach”, ok mogę to jeszcze znieść, ale obecnie coraz częściej trafiają się teksty, które pytanie mają zawarte już w tytule. Co gorsza wiele z nich w ogóle na to pytanie nie odpowiada lub odpowiada błędnie i głupio. Nagminne jest również formułowanie nagłówków typu „Koniec koalicji, rząd się rozpadł!” i dopiero w tekście informowanie, że chodzi o rząd jakiegoś afrykańskiego kraju. Niby nikt nie mówił, że chodzi o Polskę, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że to celowe wyciąganie kliknięć od użytkownika
Kolejna rzecz to plotki – zaraza serwisów IT, codziennie wszędzie pełno wpisów o rzekomych specyfikacjach nowego IPhone’a IPada, a teraz o podrabianych zdjęciach Samsunga Galaxy SIII. Co gorsza w kółko przewija się kilka tych samych lepiej lub gorzej przerobionych zdjęć czy wyssanych z palca faktów.
Zaraza pudelka zatacza coraz szersze kręgi i obecnie sięga już niestety serwisów tak renomowanych jak Antyweb (który wciąż bardzo szanuję).

Parafrazując słynny cytat mógłbym spytać premiera „Jak żyć?”. Póki co przesiadłem się na Twitter’a gdzie można się szybko dowiedzieć co w trawie piszczy, oraz Engadget i The Verge, które wszystko co będzie pisane w Polsce mają dzień wcześniej 🙂 Spore nadzieje pokładałem w serwisie NaTemat.pl Tomasza Lisa – jest znacznie lepiej, przede wszystkim można tam wejść bez Ab-block’a i nie dostać oczopląsu, jakość tekstów znacznie lepsza, ale mam wrażenie, że po mocnym starcie tendencja jest spadkowa, obym się mylił.

Smutno mi, że tak wygląda ogólny poziom dziennikarstwa internetowego w Polsce, gdy wszędzie widać jak pogoń za kliknięciami i pieniędzmi z reklam niszczy jakość tekstów.

Kwiatki z manuali #10

Posted in tekst, video by maciejewski on Grudzień 22, 2011, 22:00

1) Run the following from 11.2 ASM on each disk group a few times (say 3 times):

źródło: support.oracle.com

 

…And Saint Attila raised the hand grenade up on high, saying, „O LORD, bless this Thy hand grenade that with it Thou mayest blow Thine enemies to tiny bits, in Thy mercy.” And the LORD did grin and the people did feast upon the lambs and sloths and carp and anchovies and orangutans and breakfast cereals, and fruit bats and large chu… [At this point, the friar is urged by Brother Maynard to „skip a bit, brother”]… And the LORD spake, saying, „First shalt thou take out the Holy Pin, then shalt thou count to three, no more, no less. Three shall be the number thou shalt count, and the number of the counting shall be three. Four shalt thou not count, neither count thou two, excepting that thou then proceed to three. Five is right out. Once the number three, being the third number, be reached, then lobbest thou thy Holy Hand Grenade of Antioch towards thy foe, who being naughty in My sight, shall snuff it.”[1]

źródło: wikipedia (John Cleese, Graham Chapman, Terry Gilliam, Eric Idle, Terry Jones and Michael Palin, Monty Python and the Holy Grail: The Screenplay, page 76, Methuen, 2003 (U.K.) ISBN 0-413-77394-9)

Google otrzeźwiacz. Na wesoło

Posted in iskier, linki, refleksje, tekst by maciejewski on Sierpień 7, 2011, 18:00

Faktycznie, po polsku też pijacki bełkot bardzo dobrze rozpoznaje. Z niecierpliwością czekam na usługę Google, która pozwoli przeglądać fora internet bez „wshystkich” dziwactw i „słitności” jakie ludzie wypisują.

Nieściszalni

Posted in linki, tekst by maciejewski on Maj 17, 2011, 22:21

Dużo się ostatnio dzieje i na pisanie nie ma czasu. Priorytety są póki co poprawne – najpierw życie potem blog. Jedną z wielu fajnych rzeczy, które ostatnio zrobiłem było pójście do kina na film „Nieściszalni” – jak rzadko kiedy tłumaczenie tytułu mi się podoba, bo gdyby na siłę trzymać się oryginalnego „Sound of noise” powstałby jakiś pseudo-poetycki bełkot czy inna onomatopeja (tak, wiem co to onomatopeja). Miałem coś więcej napisać o tym filmie, ale czasu brak, natomiast trafiłem na necie na wpis gdzie ktoś to robi lepiej ode mnie więc po prostu podepnę, co będę drugi raz pisał to samo.

http://malefilmidlo.tumblr.com/post/5571618905/niesciszalne-dzwieki

Od siebie tylko dodam, że chyba od czasu niezapomnianych „Kontrolerów” czy „Miłości Larsa” nie widziałem tak pomysłowego i zarazem absurdalnego filmu. Nie jest to absurd w stylu Borata tylko głęboko przemyślana historia. Ode mnie z przytupem 10/10 na Filmwebie i naprawdę polecam.

PS. W weekend była noc muzeów i Fotofestiwal, niestety nie było pinholowej kupy 😦 ale za to może niedługo będą jakieś fotki na blogu.

Windows Phone 7 czyli czemu Google i Apple mogą spać spokojnie

Posted in tekst by maciejewski on Luty 23, 2011, 02:17

O Windows Phone mówi się ostatnio sporo. Z jednej strony z racji udanego (nareszcie!) systemu Windows 7 dla komputerów osobistych (acz nie do końca, bo obecnie coraz więcej komputerów osobistych wyposażonych jest w procesory ARM, których Win7 nie obsługuje). Stworzenie systemu, który nadaje się do pracy zajęło Microsoftowi jakieś 20 lat. W międzyczasie procesory Intel zdążyły się zestarzeć i obecnie gdyby nie linia i3/i5/i7 można by mówić, że umarły. Acz jak to rzekł był ponoć Mark Twain: „pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone” więc sprawa nie jest przesądzona, ale do rzeczy – jak zapewne wszyscy wiedzą kilka dni temu Nokia za sprawą swojego dyrektora generalnego (nie wiem czemu wszędzie pcha się skrót CEO) który dla Microsoftu pracował kilka lat ogłosiła porzucenie flagowego Symbiana na rzecz właśnie Windows Phone 7.

O licznych wadach WP7 pisać by długo więc sobie i czytelnikom oszczędzę. Chciałem jednak zwrócić uwagę na inną sprawę, która ostatnio pojawiła się w mediach internetowych na krótką chwilę, wywołała mały „flame war” pomiędzy zwolennikami MS i resztą świata. Dziwne to o tyle, że zazwyczaj nikt się tym nie przejmuje. Chodzi o licencję, a dokładniej Windows® Phone Marketplace APPLICATION PROVIDER AGREEMENT czyli akt prawny, pod którym podpisać się należy jeśli chcemy zamieścić swoją aplikację w sklepie z aplikacjami Windows Phone.

Zamieścić aplikację możemy chcieć jeśli jesteśmy jej autorem i chcielibyśmy zamieścić nasz program tak, aby użytkownicy systemu mogli ją odpłatnie nabyć lub bezpłatnie pobrać.

Jeśli więc chcemy zamieścić aplikację czyli zatwierdzamy Provider Agreement należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy – po pierwsze wszystkie zapisy będą miały moc prawną w kwestii naszej aplikacji i jej egzystencji w sklepie z aplikacjami właściciela, czyli Microsoft. Po drugie i w tym przypadku ważniejsze – wpis ten może mieć wpływ na wszelkie inne aplikacje, które korzystają z tego samego kodu. Współczesne technologie informatyczne coraz częściej dają nam coraz większe możliwości tworzenia elementów uniwersalnych, czyli takich które mogą być stosowane na różnych platformach. Często spotkać można firmy, które te same aplikacje udostępniają na różnych platformach (obecnie np. Android i Apple iOS czy gry na PC i konsole PS3/Xbox). Oczywiście nie jest to w całości ta sama aplikacja, ale nie ma sensu pisać wszystkiego od nowa jeśli można z użyciem różnych narzędzi zmniejszyć sobie ilość pracy poprzez uwspólnienie części kodu i/lub zasobów danych.

A całe to zamieszanie z powodu ciekawego wpisu w w.w. dokumencie. Najpierw definicja „wyłączonej licencji” w punkcie 1.a

“Excluded License” means any license requiring, as a condition of use, modification and/or distribution of the software subject to the license, that the software or other software combined and/or distributed with it be (i) disclosed or distributed in source code form; (ii) licensed for the purpose of making derivative works; or (iii) redistributable at no charge. Excluded Licenses include, but are not limited to the GPLv3 Licenses. For the purpose of this definition, “GPLv3 Licenses” means the GNU General Public License version 3, the GNU Affero General Public License version 3, the GNU Lesser General Public License version 3, and any equivalents to the foregoing.

oraz dalej wykorzystania tejże definicji w punckie 5.e:

The Application must not include software, documentation, or other materials that, in whole or in part, are governed by or subject to an Excluded License, or that would otherwise cause the Application to be subject to the terms of an Excluded License.

źródło: http://create.msdn.com/en-us/home/legal/Windows_Phone_Marketplace_Application_Provider_Agreement

Po polsku: aplikacja nie może zawierać kodu, dokumentacji ani innych materiałów (przypomniały się słynne „inne czasopisma”), które w części bądź całości są regulowane przez Wykluczone Licencje lub w inny sposób powodowałyby że podmiot przestrzegałby Wykluczonych Licencji (tłumaczenie własne).

Wykluczone licencje określone są następująco: dowolna licencja wymagająca jako warunek wykorzystania, modyfikacji i/lub dystrybucji podmiotu licencji (i) ujawnienia bądź rozpowszechniania w postaci kodu źródłowego (ii) takiego samego licencjonowania pochodnych prac* (iii) redystrybucji bez pobierania opłat. Wykluczone Licencje oznaczają licencje GPLv3, ale nie tylko. Do tej definicji należą: GNU Affero General Public License version 3, the GNU Lesser General Public License version 3 oraz odpowiedniki/równoważne do powyższych (również tłumaczenie własne).

Nie jestem specjalistą od prawa, spróbuję podesłać temat Olgierdowi Rudakowi, który dla mnie jest największym autorytetem w dziedzinach prawa i zdrowego rozsądku (których tak w naszym kraju brakuje). Dla mnie jednak znaczy to tyle, że jeśli jakikolwiek element swojej aplikacji publikowało się wcześniej na jakiejkolwiek licencji otwartoźródłowej (które w najprostszej definicji mówią: publikuję kod źródłowy mojej aplikacji, możesz go wykorzystać w swojej aplikacji pod warunkiem, że opublikujesz jej kod na tej samej licencji. Możesz sprzedawać swoją aplikację i usługi z nią związane, ale musisz upublicznić jej kod źródłowy) to nie można tej aplikacji zamieścić w sklepie Microsoft i odwrotnie – jeśli zamieściło się aplikację w Windows Phone Marketplace to nie można żadnego z jej elementów (np. grafiki czy dokumentacji wykorzystanej w wersji gry na inną platformę) opublikować w postaci czegokolwiek co przez prawników Microsoft może zostać uznane za odpowiednik licencji GPL.

Mnie to trochę przeraża i nie zdecydowałbym się na zamieszczenie aplikacji w sklepiku WP7. i chyba nie tylko mnie, bo w czasie gdy Android Market świętuje 150 000 aplikacji w sklepie, Apple mówi o 350 000 aplikacji dla iPhone w sklepie Microsoft prawie rok od powstania systemu znajduje się 49 aplikacji + 24 gry. Wydaje się, że Microsoft chciało zacytować prastare internetowe meme „All your base are belong to us” jednak tym razem coś nie wyszło. Nie mówię, że aplikacji nie przybędzie, pewnie pojawią się z banalnego powodu – licencjami nikt się nie przejmuje bo nikt ich nie czyta. (Powyższy fragment został wykreślony gdyż dane są nieprawdziwe, pomyliłem sklepy gdyż zbyt pochopnie zaufałem wynikom z Google. Mea culpa. W międzyczasie zbiegiem okoliczności akurat dzisiaj Microsoft wydał aktualizację systemu. Polskiej wersji językowej nadal nie ma, opcji kopiuj-wklej również nadal nie ma, co do wielozadaniowości (multitasking – możliwość uruchomienia kilku aplikacji na raz i przełączania między nimi) nie mam danych, za to okazało się, że aktualizacja skutecznie zamienia niektóre modele telefonów w cegły – prosi o restart i telefon się nie włącza. Więcej szczegółów pod tym linkiem (klik) obecne zalecenie Microsoft – nie restartować telefonów, ale ciekawe co zrobić jak padnie bateria. Zapewne w ciągu kilku najbliższych dni wszystkie serwisy będą o tym informować.

* tutaj nie jestem pewny poprawności tłumaczenia, jeśli jest złe proszę mnie poprawić, o ile się nie mylę chodzi o to, że kod aplikacji publikowanych na licencji np. GPL można używać w innych aplikacjach pod warunkiem opublikowania tych na tej samej licencji co aplikacja, której kod się wykorzystało

Z dużej chmury mały deszcz czyli o rzetelności polskiego dziennikarstwa internetowego raz jeszcze.

Posted in it, tekst by maciejewski on Luty 7, 2011, 14:25

Z mojego czytnika RSS właśnie  z wielkim hukiem wyleciał kolejny kanał. O ile dobrze pamiętam, kiedyś dawno dodałem do śledzenia komputerwfirmie.org z racji ciekawego artykułu o zastosowaniu otwartego oprogramowania w przedsiębiorstwie. Kolejne wpisy raczej pomijałem po przeczytaniu tytułu i początku tekstu, najczęściej teksty były przedrukami z innych serwisów albo odgrzewaniem wiadomości, które pojawiały się na anglojęzycznych serwisach kilka dni wcześniej.

Powodem pozbycia się kanału z czytnika był tekst, który ostatnio pojawił się na łamach ich portalu. O ile pierwszy akapit ma jeszcze jakiś sens, choć brzmi totalnie abstrakcyjnie:

Polscy przedsiębiorcy coraz śmielej i skuteczniej wykorzystują w swoich działaniach wirtualne środowisko pracy i  zaawansowane technologie dostarczane w łatwy sposób w formie usług online. Rozwiązania w chmurze obliczeniowej są odpowiedzią na potrzeby małych firm z sektora MSP, które od tej pory mogą czerpać korzyści ze wsparcia narzędzi zarezerwowanych do niedawna dla większych klientów z rozbudowaną infrastrukturą IT, przy jednocześnie niskich kosztach operacyjnych.

Dzięki technologiom informatyczno-komunikacyjnym do przeszłości przechodzą biura w ich klasycznym ujęciu – z pracownikami siedzącymi przy swoich biurkach w hałasie ciągle dzwoniących telefonów. Rozwój usług informatycznych sprawił, że stale podnoszony jest komfort środowiska pracy, jak również efektywność pracowników, którzy lepiej zarządzają swoim czasem. Wszystko to sprawia, że firmy mogą lepiej wykorzystywać potencjał pracowników w celu realizacji swoich celów biznesowych.

Dalej jest tylko gorzej, nie będę wklejał całego tekstu, bo ogólnie jest to marketingowy bełkot. Link zamieszczony na końcu tekstu prowadzi do witryny  Microsoft Online Services na której można zobaczyć pełną ofertę i wachlarz dostępnych usług. Oczywistym jest, że online’owe wersje Outlooka/Exchange i Sharepoint nie wystarczą w zupełności do prowadzenia firmy. Dlatego też wystarczy zajrzeć do Case Study gdzie widać, jak przebiega wdrożenie:

Testy prowadzone były na serwerach Dell Power Edge 2950 i Power Edge 2600, w obu przypadkach z procesorami Intel Xeon.

Windows Server 2008 RC1 wdrożony w tym scenariuszu pozwala zbudować środowisko dostępowe dla systemów i aplikacji działających wewnątrz firmy, nawet pomimo ograniczeń dotyczących połączeń zdalnych oraz tunelowania VPN w sieci publicznej i wewnętrznej.

Gdzie chmura? Gdzie eliminacja kosztów infrastruktury jeśli wdrożenie zaczynamy od postawienia serwera za 20 000 zł netto z oprogramowaniem za kolejnych kilka? Jeśli nie dysponujemy klimatyzowaną serwerownią i szafą rack oraz dobrym UPS szykujmy się na wydatek dodatkowych kilku-kilkunastu tys. zł. Jeśli faktycznie chcemy przenieść nasze aplikacje do chmury pomyśleć musimy o produkcie Microsoft Windows Azure, który daje nam szansę uzyskania korzyści opisanych w powyższym tekście jednak ponieść trzeba będzie koszta przygotowania aplikacji lub migracji obecnego rozwiązania.

O ile nie udało mi się znaleźć żadnych danych na temat popularności usług Online Services to Microsoft na głównej stronie projektu Azure opublikował link do raportu, w którym przyznaje, że po roku działalności platformy Azure udało im się uzyskać 31 000 klientów. Nie trzeba chyba nikogo uświadamiać jak niski jest to wynik.

Microsoft’s cloud computing platform Azure is a year old today, and Microsoft says it now has 31,000 customers. The new number is a 55 percent increase from the 20,000 customers Microsoft said Azure had in July.

Nie dziwi mnie wcale ten wynik, gdyż w sektorze MSP koszta infrastruktury mogą nie być szczególnie duże – małe markowe serwery są tańsze niż kiedykolwiek a wydajność mają naprawdę imponującą. Podobnie niezawodność oraz łatwość konfiguracji, nierzadko rolę administratora sieci i systemów informatycznych małej firmy pełni obeznany w technologii pracownik któregoś działu lub, w przypadku nieco większej firmy jeden pracownik lub za nieduże pieniądze lokalna firma świadcząca usługi IT. Średnio obeznany z technologiami sieciowymi licealista jest w stanie  zainstalować podstawowy serwer (kontroler domeny, router/firewall, dhcp i SMB) i nie musi nawet wiedzieć co to ICMP. W razie problemów większość rozwiązań znajdzie w 5 minut w google. Tak, wiem, większość rasowych adminów-wyjadaczy mnie zlinczuje, ale taka jest prawda, administrowanie siecią przestało być elitarne.

Dlatego też większość małych firm woli pozostać na własnych rozwiązaniach niż płacić per cykl procesora i dodatkowo ponosić relatywnie wysokie koszty przeniesienia oprogramowania do chmury. Pierwsza zasada informatyki mówi, że nie naprawia się tego co działa dobrze.

Zrozumiałym więc jest, że Microsoft nie uznaje tak słabych wyników za porażkę – Azure to wyspa na morzu stagnacji Microsoftu, który kurczowo trzyma się Intela z jego x86 gdy Arm od kilku lat zjada rynek (i tym samym zyski). O ile cloud computing samo w sobie nie jest niczym odkrywczym, to kompleksowa platforma z możliwością przeniesienia aplikacji firmy, które do tej pory działały na serwerach Windows jest jakością, która w kolejnych latach może się Microsoftowi opłacić, jednak na razie na pewno na tym nie zarabiają i – podejrzewałbym – dalecy są od momentu zwrotu poniesionych kosztów.

Co jednak najważniejsze w tym tekście – w jaki sposób jeden i ten sam tekst, który jest jedną wielką reklamą i wydaje się być zupełnie oderwany od rzeczywistości w dniach 7-8 lutego 2001 ląduje na głównych stronach kilku największych portali IT w Polsce i kilkudziesięciu mniejszych.  Webhosting.pl, Komputerwfirmie.org, Bankier.pl Locos.pl, Twoja-firma.pl, Egospodarka.pl czy mamy do czynienia z armią serwisów zombie, które po prostu kopiują wszystko jak leci czy też sponsorowanymi tekstami-reklamami Microsoftu, do których ktoś zapomniał dopisać „Artykuł sponsorowany?”

Tagged with: ,

Future is so bright

Posted in refleksje, tekst by maciejewski on Luty 4, 2011, 00:48

Jeśli kiedyś w przyszłości ludzkość natrafi na dziewiczą planetę bardzo podobną do Ziemi i jeśli będzie można na nią podróżować, to pewnie na początku zbudują jakąś stację w której będzie można znaleźć schronienie. Nie wiem co będzie zbudowane w kolejnym etapie, ale stawiam beczkę piwa, że na trzecim miejscu będą szyby naftowe. Nic się nie nauczyliśmy.

Tagged with: ,

Tego wpisu nie ma i nic w ogóle nie ma.

Posted in it, refleksje, tekst by maciejewski on Luty 3, 2011, 00:00

Koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił. Nie nastały Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Nie został, choć skończyło się lat tysiąc, z więzienia swego uwolniony Szatan i nie wyszedł, by omamić narody z czterech narożników Ziemi. Nie zginęli wszyscy grzesznicy świata i przeciwnicy Boga od miecza, ognia, głodu, gradu, od kłów bestii, od żądeł skorpionów i jadu węży. Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.
Ale i tak było wesoło.

-Andrzej Sapkowski: Narrenturm

Wszelakie portale wieszczą koniec internetu w związku z wyczerpującą się pulą adresów IPv4. Dlatego też piszę ten tekst 27 stycznia 2011 i ustawię automatyczną publikację na tydzień później, czyli 3 lutego, gdy to zgodnie z doniesieniami dziennikarzy i specjalistów nic już nie będzie (czyżby zemsta Kononowicza?). Szkoda gadania na tę całą nagonkę bo wszystko to nie jest warte przysłowiowego funta kłaków. Jeśli więc czytasz tego posta spójrz za okno czy świat nie wygląda jak w świetnym  web-komiksie Romantically Apocalyptic. Jeśli natomiast świat wygląda dokładnie tak jak wyglądać powinien a Twoje łącze internetowe działa zupełnie tak jak działać powinno (tak samo strony internetowe wyglądają zupełnie tak…) to znak, że pora przestać wierzyć w dziennikarstwo. Pytanie tylko w co w dzisiejszych czasach można jeszcze wierzyć?