Fotofestiwal 2009
W przedostatnim wpisie można przeczytac, jak to zobaczywszy tych wszystkich ludzi z aparatami w EC-1 zacząłem się zastanawiać jaki sens ma fotografowanie, skoro – wydawałoby się – nic nowego w tej kwestii wymyślić nie można a tłumy ludzi z aparatami wszędzie dookoła sprawiają, że nie pozostaje nic innego jak utonąć we wtórności i powielać wciąż te same miejsca, kadry, techniki (bo przecież przysłowiowe “wszystko już było”). Jak się wkrótce przekonałem – nic bardziej mylnego. Po wizycie w EC-1 wybraliśmy się do głównej siedziby Łódź Art Center gdzie odbywa się tegoroczny (ósmy już) Fotofestawial. Muszę przyznać, że program główny zaskoczył mnie chyba najbardziej w historii fotofestiwali, na których zdażyło mi się być. Naprawdę jest co oglądać (do końca miesiąca wciąż można zwiedzać wystawy!) i wniosek, jaki mi się nasuwa po zobaczeniu tych wystaw jest jednoznaczny – fotografia ma się co najmniej dobrze. W przedstawieniu wystaw nie będę hotlinkował obrazków, gdyż nie chcę robić sobie tutaj reklamy czy galerii cudzym kosztem – w każdym opisie jest link do strony FF gdzie można zobaczyć miniaturki zdjęć.
Gdybym miał wymienić te, które zrobiły na mnie największe wrażenie wskazałbym np. genialny w swojej prostocie (jako pomysł) i jednocześnie w dbałości o szczegóły (wykonania) projekt “Marząc o lataniu” Jana von Holleben’a. W kilku obrazkach autor zawarł jeśli nie całość, to wielką część esencji dzieciństwa. Bez zbędnych ozdób i fotoszopów – wystarczy wejść na drabinę i zmienić nieco perspektywę patrzenia a nagle zmienia się cały świat. Brawa dla Pana Jana!
Dalej np. Erik Boker, który pokazuje, że można zrobić świetną wystawę ze zdjęć najzwyklejszej pasty do zębów – Dysekcje produktów,
Giuseppe Di Bella i Cykl Abu Ghraib (2004/2006) – bardzo intrygujący projekt bezlitośnie obnażający współczesną obojętność ludzi na zło, które dzieje się dookoła.
W podobnej tematyce socjologiczno – politycznej mamy kolejny projekt “Cyrk Nowego Świata” John’a Goto – na pograniczu fotografii i fotomontażu satyra o tematyce współczesnego świata.
Kateřina Držková i Barbora Kleinhamplová z serią zdjęć IKEA – pokoje bardzo pokazowe – tutaj pod linkiem zobaczyć można te zdjęcia, ale nijak nie oddaje to sensu wystawy, bo tego co trzeba na tych miniaturkach po prostu nie widać – chodzi o to, że na tych wszystkich zdjęciach wszystkie meble mają metki z cenami, bo to sklep Ikea. Niestety zdaję sobie sprawę, że napisanie tego nijak nie może się równać z zobaczeniem tego “na żywo” w galerii.
Z ciekawostek należałoby jeszcze zwrócić uwagę na bardziej performance niż fotografię w wykonaniu Midori Mitamury i Masanori Ikedy. “Dziergająca kobieta w kamienicy” to – w mojej opinii – świetna metafora upływu czasu i historii (żeby zrozumieć trzeba przeczytać opis).
Słowem podsumowania powiem, że naprawdę podoba mi się tegoroczny program. Fajnie, że ktoś w fotografii szuka sensu i przekazu a nie tylko megapikseli. Nikogo tu nie obchodzi jaka to marka i model aparatu, jaki matierał, obróbka. Liczy się przekaz, wizja, styl i szczegóły, do tego wszystkiego muszę przyznać, że poszczególne wystawy zostały naprawdę bardzo dobrze wybrane. Może nie wszystkie mi się podobały tak bardzo jak te wymienione, ale całość została zorganizowana naprawdę dobrze. Za ten element tegorocznego FF należy się organizatorom naprawdę bardzo dobra ocena. Do tego było jeszcze kilka lepszych i gorszych prezentacji wideo, szczególnie przypadł mi do gustu miś Panda (a dokładniej dziewczyna w przebraniu misia) tańczący na rurze, naprawdę świetny pokaz z przekazem. Gdyby program główny był całością FF to możnaby śmiało wystawić ocenę końcową i zamknąć temat, ale przecież mamy jeszcze fotografię z wyższej półki, a dokładniej z wyższego piętra czyli (werble) Grand Prix (fanfary). O nich napiszę co nieco w najbliższym czasie.
PS. Dlaczego w mediach i portalach “niby o fotografii” cały czas robi się ludziom pranie mózgu i wmawia, że to aparat jest celem, że lepsze zdjęcia można uzyskać wyłącznie przy użyciu lepszego sprzętu.
JP2 jeszcze raz
Dziś czwarta rocznica śmierci Jana Pawła 2. Portale prześcigają się w zamieszczaniu artykułów na ten temat, wykresy z tabelkami (!) statystyk odpowiedzi na pytania. ~20% Polaków twierdzi, że Jan Paweł 2 odmienił ich życie bardzo, ponad 60% Polaków odpowiedziało, że “raczej tak”. Jednocześnie w tym samym kraju matka porzuca 11-sto letnią córkę (próbowała podrzucić ją dziadkowi, który odmówił zaopiekowania się dzieckiem), pomimo iż rok wcześniej porzuciła jej dwa lata starszą siostrę organy prawne nie wyciągnęły wobec niej żadnych konsekwencji (mimo iż porzucenie dziecka jest w tym kraju przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat trzech). Wezwani policjanci ustalili, że matka zasłania się trudną sytuacją finansową jednocześnie weszli do domu oraz ustalili, że jest on dobrze wyposażony w sprzęt agd/rtv a lodówka pełna. I poszli do domu. Tyle. Sąsiedzi powiedzieli telewizji, że ta pani to w sumie spokojna i sympatyczna, ale jej “konkubent” to niemiły człowiek. Nikt nawet nie ruszył czterech liter, żeby matce odebrać prawa rodzicielskie, że nie mówię nawet o poważniejszych konsekwencjach.
To co boli najbardziej, to obojętność innych ludzi. Wybaczcie mi te polityczne wrzuty, ale to naprawdę przykre jest, szczególnie że jak zwykle cierpią niewinni, w tym przypadku mała dziewczynka, której chyba nikt nie jest w stanie wytłumaczyć o co chodzi.
„Ich bin ein Berliner”?*
Przedwczoraj na oficjalnym blogu last.fm pojawiła się informacja o wprowadzeniu obowiązkowej opłaty dla słuchaczy radia. Miałaby ona wynosić 3 EUR miesięcznie i pokrywać koszty, które last.fm ponosi m. in. na płacenie wytwórniom za udostępnianie muzyki. Jestem w stanie zrozumieć tę decyzję ogólnie, w sumie można było się tego spodziewać, ja sam od jakiegoś czasu noszę się (nie mylić z obnoszeniem się!) z zamiarem wykupienia subskrypcji. Muzyka to wytwór czyjejś pracy** i jeśli stać mnie na nią (a opłaty last.fm nie są jakieś strasznie wielkie) to czuję, że powinienem za nią płacić. Zastanawia tylko zapis, że z opłat będą wyłączeni mieszkańcy USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Po pierwsze nie rozumiem dlaczego akurat te kraje, po drugie zapis ten wprowadza niepotrzebne zamieszanie – czy położenie będzie określane na podstawie namierzania adresu IP z którego łączy się osoba? A co jeśli mieszkam w Honolulu i używam brytyjskiego serwera Proxy lub mieszkam w Londynie i używam proxy z Honolulu? Poza tym o ile mnie pamięć nie myli w Unii Europejskiej jedną z podstaw działania jest równe traktowanie wszystkich krajów członkowskich. Unia Europejska ostatnio prowadząc spór o przeglądarki z samym Microsoftem udowadnia, że nie jest tylko organem urzędowym i posiada rzeczywistą władzę i możliwość nałożenia sankcji na organizacje, które chcą prowadzić interesy na jej terenie a nie stosują się do ogólnych zasad. Uważam więc, że last.fm powinno wytłumaczyć nie z decyzji o wprowadzeniu opłat ale z decyzji zróżnicowaniu reguł i kryteriach wyboru krajów wyłączonych z opłat.
* – John F. Kennedy , 1963
** – w odróżnienia od oprogramowania opensource, które również jest wytworem czyjejś pracy, ale autor nie oczekuje za nią zapłaty
book
Miałem dzisiaj książkę czytać, tzn. miałem TYLKO czytać, ale nie do końca wyszło. Przerwę trochę zrobiłem, ale zaraz wracam. W końcu znalazłem czas żeby przysiąść i porządnie zabrać się do czytania. Muszę się przyznać, że o ile to co mówią, że “pieniędzy nigdy za wiele”, to może i racja, ale u mnie w sumie wszystkiego jest pod dostatkiem poza czasem, którego mi cały czas strasznie brak. Gdyby doba miała tak z 30 (albo dla równości 32) godzin… to by dopiero było fajnie





Łapię się czasem na tym, że słucham cały czas tej samej muzyki… tak od 8 lat. Pewne kawałki po prostu się nie nudzą. Tych np. słucham już jakieś 6-7 lat, polubiłem At The Drive-In jeszcze zanim w ogóle stali się sławni.
wpadłem w niezły kanał
Nie pamiętam nawet kiedy poznałem potęgę kanałów RSS. To naprawdę świetna sprawa, przynajmniej w teorii. Działa to w ten sposób, że jak trafię np. na interesujący blog, czy jakikolwiek inny serwis, który oferuje swój kanał RSS kopiuję jego adres i subskrybuję w programie, który obsługę takowych kanałów oferuje (np. Thunderbird, bo przy okazji odbiera pocztę i robi milion innych przydatnych rzeczy, można też Firefoksem, Google Reader’em i wieloma innymi). Teraz mogę zapomnieć o serwisie, ale za każdym razem gdy jego autor(-zy) doda(-dzą) jakiś wpis, to wkrótce w moim programie pojawi się o tym informacja, a nawet więcej – jednym kliknięciem będę mógł ten tekst przeczytać i to bezpośrednio w programie pocztowym, bez przechodzenia do przeglądarki. W ten oto sposób mogę łatwo podłączyć sobie kilka, kilkanaście a nawet kilkaset serwisów, które uważam za ciekawe. Zaoszczędzam ogromną ilość czasu, który musiałbym poświęcić na regularne sprawdzanie, czy autorzy tychże wykazali się płodnością twórczą, czy też nie. Siedzę sobie więc przed kompem (a nawet nie muszę, gdyż równie dobrze mogę być gdzieś zupełnie indziej) a program odwala za mnie całą robotę – dostaję garść fotek z wyprawy Bartka Pogody, newsy z fotopolis, obserwuję fotoblogi znajomych oraz zupełnie obcych osób tylko dlatego, że uznałem je za w jakiś sposób ciekawe. Do tego serwisy IT security, inne portale o fotografii, cokolwiek mnie zainteresuje.
Obecnie chyba wszystkie szanujące się serwisy oferują RSS, do blogów dodawane są automatycznie, czy tego sobie autor życzy (wiele osób w ogóle o tym nie wie) czy nie. Gdzie jest haczyk?
Nawet nie zauważyłem gdy ilość wiadomości spływających do worka RSS zaczęła przekraczać moje możliwości czytania. Samo przejrzenie zajmuje niemało czasu. Zasubksrybowanie takiego Slashdot’a (slashdot.org) w ciągu ok. dwóch miesięcy wygenerowało ponad 4000 wiadomości, których nie mam czasu nigdy przeczytać. Portale fotograficzne spamują wszystkie tymi samymi newsami o dziesięciu nowych modelach kompaktów firmy X czy Y (oczywiście każdy w osobnym wątku nawet jeśli różnią się tylko kolorem obudowy i rozmiarem matrycy o 1mpix – jak by to w ogóle robiło jakąkolwiek różnicę). Portale IT na wyścigi informują ile to dwutlenku węgla generuje jedno wyszukiwanie w google tylko po to, żeby następnego dnia równie donośnie informować, że poprzedni wpis to wyssana z palca bzdura. Kilku płodnych fotografów z Flickr’a też potrafi dać czadu z ilością fotek, ale to jeszcze pół biedy, gorzej gdy wypadałoby chociaż rzucić okiem na dłuższe teksty przeróżnej maści. Kolejną rzeczą, którą zauważyłem, to fakt, że świetny na pierwszy rzut oka blog może na dłuższą metę okazać się nieco nudny. Z jednej strony zdarzają się pozycje zbyt osobiste, pełne fotek z imprez i z domu, z drugiej artystyczne na siłę i “poprawne politycznie”. Czasem spotka się kogoś, kto aż do bólu stara się być konsekwentny, chyba w nadziei, że ktoś tę konsekwencję odbierze jako posiadanie swojego własnego stylu – świętego graala fotografii. Niestety i nie tędy droga, konsekwentnie robiąc takie same zdjęcia stają się nudne – własny styl ma ktoś, kto potrafi robić zdjęcia na sto różnych sposobów, a zawsze będą rozpoznawalne, czy tego chce czy nie.
Cytując Afrokolektyw “W poszukiwaniu chleba trafiłem do chlewa”, wiem że powinno być “do chlewu”, ale by się nie rymowało. Tak czy inaczej wszystko jest dobre jeśli używane z umiarem, pora krzyknąć “Basta!” i przeczyścić menadżer kanałów. Trochę szkoda mi będzie niektórych, szczególnie tych, które między stertą śmieci potrafiły zaoferować prawdziwą perełkę wiedzy. Może ich twórcy zrozumieją wkrótce, że jakość serwisu nie zawsze jest równa częstotliwości zamieszczania (nie zawsze sprawdzonych i nie zawsze potrzebnych) wiadomości.
I tak uważam, że RSS to jedna z najmądrzejszych rzeczy jaką wymyślono w internecie i nie wyobrażam sobie życia bez kanałów.
Zawsze powtarzam, że moim zdaniem w fotografii najpierw trzeba się nauczyć jakich zdjęć nie robić (a przynajmniej jakich nie pokazywać), potem dopiero uczyć się jak robić takie, jakie się wie, że by należało robić. Podobnie – będąc w tym gąszczu blogów trochę mi się rozjaśniło co by tu zrobić żeby mój nie utonął i był w jakiś sposób wart przeczytania/zobaczenia właśnie jego. Na razie nie wiem jeszcze jak to zrobić, ale mam nadzieję, że jestem o krok bliżej
Snowboard
W oczekiwaniu na Święta oraz końcówkę grudnia, kiedy to żelaznym planem jedziemy w góry przeglądam trochę filmików snowboard’owych na youtube. Może to tylko moje subiektywne odczucia, ale odnoszę wrażenie, że w tych filmikach czegoś brakuje – jest trochę tutoriali dla początkujących, a potem nagle kolosalny przeskok do filmików zmontowanych z wycinków kilkudziesięciometrowych “lotów” i odjechanych tricków. Coraz większe rampy, skocznie poręcze w snowparkach itp. Szybko, dynamicznie, mocno, daleko. Ale gdzieś nie mogłem znaleźć niczego, co pokazywałoby subtelną przyjemność tego sportu, delikatne piękno ośnieżonych szczytów i przyjemności z nich zjeżdżania. Tak po prostu sunąć w dół i podziwiać okolicę. To właśnie mam zamiar robić za miesiąc z kawałkiem. Niestety oczywiście nie na takim poziomie jak tutaj, ale i tak będzie super. Filmik w hołdzie pamięci Tommy’ego Brunner’a, który zginął w 2006 pod lawiną w czasie zjazdu. Dla mnie ten film, to esencja (tzw. samo gęste) tego sportu. Zapraszam
Słów kilka
W sieci pojawił się ostatnio nowy serwis służący do porównań testów lustrzanek cyfrowych. Właściwie, to należałoby powiedzieć dokładniej – firma Dx0 postanowiła udostępnić swoje dane z wykonanych testów. W chwili obecnej jest obsługiwanych kilkadziesiąt “cyfrzanek” z głównego nurtu rynku. Co różni ten serwis od innych, to suchość danych – nie znajdziecie tam żadnych subiektywnych ocen parametrów sprzętu, które – swoją drogą – nie mają większego sensu, gdyż to co jednemu wadą innemu będzie zaletą i vice versa.
Piszę o tym głównie, gdyż tak naprawdę uważam wszystkie takie testy za bezcelowe. Dlaczego? Po pierwsze wystarczy włączyć pierwsze lepsze porównanie, żeby przekonać się, że większość wykresów (pomijając sytuacje gdy weźmiemy aparaty z dwóch skrajnych klas jakości) praktycznie się pokrywa. Parametry współczesnych aparatów są praktycznie identyczne dla zbliżonych cenowo i jakościowo modeli.
Druga sprawa to rzetelność testów na Polskich serwisach. W rankingach często różne „wiodące” serwisy publikują toplisty totalnie różniące się pozycjami kluczowych modeli. Zazwyczaj wynika to z subiektywności prezentowanych ocen. Poza tym jaki kontakt z rzeczywistością mogą mieć testy oparte na słynnym fotografowaniu banknotu 10zł (biedny Mieszko I się w grobie przewraca).
Czasem też pojawiają się ciekawe opinie profesjonalistów – nie tak dawno oglądałem porównanie bodajże Nikona D90 z nikonem D80 – wszystko fajnie, naprawdę profesjonalne zdjęcia z sesji wykonane obydwoma aparatami. Gdybym jeszcze widział na nich jakąś wyraźną różnicę. Autor upierał się, że widzi lepsze odwzorowanie barw. Moim zdaniem jednak (co ewidentnie rzucało się w oczy) albo bardzo chciał je zobaczyć, albo producent kazał mu widzieć. Tak czy inaczej o ile byłem bardzo mile zaskoczony, że w końcu w teście sprzętu można zobaczyć naprawdę dobre zdjęcia o tyle przekonałem się, że skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?
Z ciekawostek (linki):
bardzo ciekawy ranking lustrzanek – Pentax K20 niżej niż K10, K200 a nawet K100(!), Nikon D80 na 23 z 50 pozycji („kultowości” tego sprzętu chyba nie trzeba przedstawiać, dla wielu ludzi – i jak najbardziej słusznie – jest synonimem lustrzanki cyfrowej)
porównywarka identycznych parametrów – tak małe różnice, że aż szkoda próbować oceniać czy są zauważalne w codziennej eksploatacji.
Pozdrawiam też znawców fotografii, którzy na zdjęciach najpierw widzą czy jest szum a dopiero potem obraz, który autor chce pokazać.
1 komentarz