O ścieżkach rowerowych, częściach wspólnych zbiorów i zmienianiu świata
Dowiedziałem się ostatnio ciekawej rzeczy o ścieżce rowerowej, którą codziennie jeżdżę do pracy. Otóż zacząć by należało od zwrócenia uwagi na fakt, że ścieżką rowerową do końca nie jest – wydzielone pasy na jezdni z namalowanymi symbolami rowerów oraz znaki pionowe informujące, że nie jest to ścieżka rowerowa. Jak to możliwe? Ścieżka została wyznaczona bez konsultacji z mieszkańcami, którzy to mieli o ten fakt wielkie pretensje, więc w związku z licznymi protestami “lokalnej społeczności” wycofano się z decyzji i postawiono w.w. znaki. Super. Zastanawia tylko fakt, czemu ci ludzie protestowali przeciwko tym ścieżkom gdy w innych miejscach ludzie urządzają pikiety, żeby wymusić na władzach uruchomienie takich właśnie ścieżek? Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem żeby się domyślić, ze chodzi m.in. o parkowanie aut na ulicy (choć ci ludzie akurat mają tam podwórka, ale pewnie się wjeżdżać nie chce).
Przypomniało mi się wiele tego typu sytuacji – apele o utworzenie obwodnicy (np. słynnej Augustowa), potem protesty mieszkańców okolic, gdzie ta obwodnica miałaby przebiegać, legendarne już narzekanie kierowców na wąską zakopiankę i protesty górali przeciwko jej poszerzaniu, wreszcie protesty ekologów (nie tylko Rospuda) związane z brakiem akceptacji miejsc budowy dróg. Ostatnio w tym samym wydaniu wiadomości miałem okazję oglądać reportaże z miejsc gdzie protestowali zwalniani pracownicy zamykanych fabryk oraz protesty pracowników fabryki samochodów na “F”, którym to w związku z dużym zainteresowaniem samochodami tej marki kazano pracować w niedzielę. O ile jestem za ekologią, to obecnie też zaczyna to zjadać własny ogon – jednocześnie protestuje się przeciwko budowie elektrowni atomowych a w tym samym czasie buntuje się przeciwko planom budowy zalewu i elektrowni wodnej (na terenach, które nie są nawet parkiem krajobrazowym i nie mają wartości ekologicznej większej niż każdy inny las w Polsce). Dziwi fakt, że jedynymi w miarę akceptowanymi przez ekologów elektrowniami są te węglowe, które nota bene najbardziej zatruwają środowisko i są głównymi domniemanymi przyczynami domniemanego efektu cieplarnianego (piszę o domniemaniach, ponieważ nie jestem przekonany co do całej tej afery, były w historii naszej planety zlodowacenia, były też okresy bardzo ciepłe. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale choćby przez nasz kraj kiedyś przewalił się lodowiec a potem się roztopił, nie było tam przecież fabryk).
Podobnie jest niestety z naszą uczciwością, każdy deklaruje, że chciałby żeby w tym kraju było uczciwie a jak postępujemy kiedy nadarza się okazja wszyscy wiedzą. Tłumaczy się, że po wojnie i za komuny tak właśnie trzeba było postępować, ale nikt nie wie ile jeszcze lat będziemy komuną czyścić własne sumienia. 20 lat po wydarzeniach roku 1989 zaczyna mnie to już trochę irytować.
W gruncie rzeczy, to podsumowując przyszła mi na myśl ciekawa teoria – uogólniając: wszyscy chcieliby, żeby wszystko się w tym kraju zmieniło, najlepiej na lepsze. Równocześnie nie zauważamy zmian, które ostatnio miały miejsce (co już jest inną historią), co najgorsze – sami niewiele tych zmian wnosimy. Wychodzi na to, że pojęcie “wszyscy” dla typowego Polaka oznacza “wszyscy oprócz mnie”. Stosując pseudo-matematyczny zapis funkcji wszyscy(ja) = wszyscy-ja gdzie ‘wszyscy’ jest funkcją (przyporządkowaniem), ‘ja’ argumentem a prawa strona jest zbiorem wartości. Jeśli uogólnimy i wyciągniemy część wspólną takiego zbioru dla każdego, to okaże się, że jeśli każdy siebie samego wyklucza ze zbioru wszystkich, to …
wszyscy(wszyscy)= wszyscy-wszyscy=nikt
I myślę, że to poprawny wniosek, bo jeśli każdy czeka aż ktoś inny coś zrobi, to w końcu nikt nie zrobi nic, a przecież tak wiele możemy zrobić, choćby przez zwykłą ludzką uczciwość i uczynność. Żeby np. ten film przestał tak dobrze opisywać naszą mentalność.
Quo vadis photo? #2
Zanim zacznę chciałem podkreślić, że poniższy tekst (jak zawsze) jest tylko subiektywną opinią. Nikt nie musi się z nią zgadzać, krytyka mile widziana, ale oby konstruktywna.
Obiecałem relację z drugiej części tegorocznego Fotofestiwalu. Drugiej części t.j. Grand Prix, wystaw wybieranych przez jakieśtam jury (nie jestem dziennikarzem, nie muszę wiedzieć jakie to znane nazwiska przyznają nagrody i szczerze mówiąc – niebardzo to mnie interesuje). Wchodząc na górę byłem co najmniej podbudowany poziomem programu głównego i naprawdę żywiłem niemałe nadzieje co do nagrodzonych wystaw. Jak to jednak zwykle w życiu bywa – jak wystawisz tyłek, to cię ktoś w niego kopnie. Poziom Grand Prix FF 2009 dla mnie to w gruncie rzeczy szkoda słów. Tak – ktoś powie, że się nie znam na sztuce. Pewnie nie. Takie natomiast moje zdanie, że w tym roku ktoś na górnej półce postawił tanie wino spod lady. Nie wiem jakie były kryteria przyznawania nagród, i czy nie była to czasem ilość wypitego wspólnie alkoholu (chyba z dużą dawką metylowego, bo na wzrok zaszkodził). Mnie te zdjęcia nie tylko nie ruszyły a nawet rozczarowały. I to bardzo. Spodziewałem się czegoś więcej po imprezie kandydującej do miana najpoważniejszej imprezy foto w tym kraju. Główną nagrodę zdobyła jakaś Pani, ktoś powie, że jestem ignorantem, bo jej nazwisko to jakiśtam symbol i co to nie zrobiła wcześniej. Nie obchodzi mnie to za bardzo, bo od wystawy nagrodzonej grand prix oczekuję przede wszystkim poziomu. Jeśli zobaczę coś wartościowego, to z chęcią dowiem się więcej o autorze. Nie musi to być nawet efektowne, byle było ciekawe, w jakiś sposób odkrywcze, indywidualne etc. Tutaj w gruncie rzeczy jedna rzecz rzuciła mi się w oczy – “gudzowatyzm”. Modny jest to styl w tym roku (szczególnie po równie kiepskim WPF i to już nie tylko moje zdanie), jednak tutaj niczym odgrzewany kotlet smakuje nienajlepiej. Nie poruszyło mnie również wyróżnienie drugiej wystawy, choć w gruncie rzeczy była lepsza od głównej nagrody. Poza tym kilka innych wystaw w moim odczuciu bardziej zasługiwało na GP bardziej niż ta, która wygrała. Może za rok będzie lepiej.
Chciałem tylko dodać, że to co myślę o tegorocznym Grand Prix nie zmienia mojego stosunku do Łódź Art Center – cały czas uważam tę organizację za jedną z najlepszych rzeczy jaka mogła się przytrafić Łodzi – dzięki Krzysztofowi Candrowiczowi co roku w okolicach maja Łódź jest na ustach całego światka foto, razem z resztą ludzi LAC robią coś niebywałego (nie tylko w skali naszego skostniałego kraju). Grand Prix traktuję jako wpadkę, a może po prostu ja nie “kumam” tego wypasu :/
Tu jedno ze zdjęć z serii, która zdobyła główną nagrodę. Kto mi powie czym się różni zdjęcie kupy od zdjęcia kupy zrobionego aparatem otworkowym?


Szacunek dla wolontariuszy wieszających wystawy – naprawdę fajnie to zrobili

Fotofestiwal 2009
W przedostatnim wpisie można przeczytac, jak to zobaczywszy tych wszystkich ludzi z aparatami w EC-1 zacząłem się zastanawiać jaki sens ma fotografowanie, skoro – wydawałoby się – nic nowego w tej kwestii wymyślić nie można a tłumy ludzi z aparatami wszędzie dookoła sprawiają, że nie pozostaje nic innego jak utonąć we wtórności i powielać wciąż te same miejsca, kadry, techniki (bo przecież przysłowiowe “wszystko już było”). Jak się wkrótce przekonałem – nic bardziej mylnego. Po wizycie w EC-1 wybraliśmy się do głównej siedziby Łódź Art Center gdzie odbywa się tegoroczny (ósmy już) Fotofestawial. Muszę przyznać, że program główny zaskoczył mnie chyba najbardziej w historii fotofestiwali, na których zdażyło mi się być. Naprawdę jest co oglądać (do końca miesiąca wciąż można zwiedzać wystawy!) i wniosek, jaki mi się nasuwa po zobaczeniu tych wystaw jest jednoznaczny – fotografia ma się co najmniej dobrze. W przedstawieniu wystaw nie będę hotlinkował obrazków, gdyż nie chcę robić sobie tutaj reklamy czy galerii cudzym kosztem – w każdym opisie jest link do strony FF gdzie można zobaczyć miniaturki zdjęć.
Gdybym miał wymienić te, które zrobiły na mnie największe wrażenie wskazałbym np. genialny w swojej prostocie (jako pomysł) i jednocześnie w dbałości o szczegóły (wykonania) projekt “Marząc o lataniu” Jana von Holleben’a. W kilku obrazkach autor zawarł jeśli nie całość, to wielką część esencji dzieciństwa. Bez zbędnych ozdób i fotoszopów – wystarczy wejść na drabinę i zmienić nieco perspektywę patrzenia a nagle zmienia się cały świat. Brawa dla Pana Jana!
Dalej np. Erik Boker, który pokazuje, że można zrobić świetną wystawę ze zdjęć najzwyklejszej pasty do zębów – Dysekcje produktów,
Giuseppe Di Bella i Cykl Abu Ghraib (2004/2006) – bardzo intrygujący projekt bezlitośnie obnażający współczesną obojętność ludzi na zło, które dzieje się dookoła.
W podobnej tematyce socjologiczno – politycznej mamy kolejny projekt “Cyrk Nowego Świata” John’a Goto – na pograniczu fotografii i fotomontażu satyra o tematyce współczesnego świata.
Kateřina Držková i Barbora Kleinhamplová z serią zdjęć IKEA – pokoje bardzo pokazowe – tutaj pod linkiem zobaczyć można te zdjęcia, ale nijak nie oddaje to sensu wystawy, bo tego co trzeba na tych miniaturkach po prostu nie widać – chodzi o to, że na tych wszystkich zdjęciach wszystkie meble mają metki z cenami, bo to sklep Ikea. Niestety zdaję sobie sprawę, że napisanie tego nijak nie może się równać z zobaczeniem tego “na żywo” w galerii.
Z ciekawostek należałoby jeszcze zwrócić uwagę na bardziej performance niż fotografię w wykonaniu Midori Mitamury i Masanori Ikedy. “Dziergająca kobieta w kamienicy” to – w mojej opinii – świetna metafora upływu czasu i historii (żeby zrozumieć trzeba przeczytać opis).
Słowem podsumowania powiem, że naprawdę podoba mi się tegoroczny program. Fajnie, że ktoś w fotografii szuka sensu i przekazu a nie tylko megapikseli. Nikogo tu nie obchodzi jaka to marka i model aparatu, jaki matierał, obróbka. Liczy się przekaz, wizja, styl i szczegóły, do tego wszystkiego muszę przyznać, że poszczególne wystawy zostały naprawdę bardzo dobrze wybrane. Może nie wszystkie mi się podobały tak bardzo jak te wymienione, ale całość została zorganizowana naprawdę dobrze. Za ten element tegorocznego FF należy się organizatorom naprawdę bardzo dobra ocena. Do tego było jeszcze kilka lepszych i gorszych prezentacji wideo, szczególnie przypadł mi do gustu miś Panda (a dokładniej dziewczyna w przebraniu misia) tańczący na rurze, naprawdę świetny pokaz z przekazem. Gdyby program główny był całością FF to możnaby śmiało wystawić ocenę końcową i zamknąć temat, ale przecież mamy jeszcze fotografię z wyższej półki, a dokładniej z wyższego piętra czyli (werble) Grand Prix (fanfary). O nich napiszę co nieco w najbliższym czasie.
PS. Dlaczego w mediach i portalach “niby o fotografii” cały czas robi się ludziom pranie mózgu i wmawia, że to aparat jest celem, że lepsze zdjęcia można uzyskać wyłącznie przy użyciu lepszego sprzętu.
Quo Vadis Digital Photo?
Tydzień temu w ramach tegorocznego Fotofestiwalu miałem okazję zobaczyć łódzką Elektrociepłownię EC-1. Co tu dużo mówić – została otwarta jako atrakcja turystyczno-fotograficzna, z naciskiem na tę drugą, bo który turysta o zdrowych zmysłach mógłby chcieć to oglądać? Jedyni, których to mogło interesować to autochtoni, przesiąknięci łódzkim klimatem (żeby nie mówić smrodem) na wylot lub przyjezdni oraz byli mieszkańcy tego miasta, jak np. ja, którzy (nie wiedzieć czemu) po prostu w jakiś dziwny sposób pokochali ten klimat, tak jak kocha się kulawego psa – ułomność, która (poprzez litość chyba) przeradza się w uczucie. Co tu dużo gadać – w jakiś dziwny sposób wsiąkłem w to miasto, choć chyba mało kto zaprzeczy – jest (a co najmniej bywa) odrażające.
EC-1 ma zostać przebudowane, znajduje się w samym prawie centrum miasta, jest to niesamowicie atrakcyjna pod względem inwestycji część miasta (ameryki to ja tym stwierdzeniem nie odkryłem). Ktoś w końcu zrozumiał, że miejsce to (jak i pobliski dworzec Łódź Fabryczna) powinno się zrównać z poziomem wód gruntowych – np. przy użyciu kontrolowanej eksplozji atomowej
Wujek Gugel (google.pl) twierdzi, że może to mieć związek z Planem rewitalizacji terenów starej elektrociepłowni EC-1 w Łodzi
Wszystko fajnie, ale jedna rzecz mnie przeraziła… ilość osób z aparatami (w 99% lustrzankami cyfrowymi tzw. DSLR) która ta się pojawiła. Najbardziej na myśl przychodzą mi słynne obrazki “where’s Wally”. Po prostu mrowie, wszędzie ludzie z aparatami. Przyszło mi zmierzyć się z pytaniem – dokąd to hobby prowadzi? I odpowiedź niestety nie była (na ów moment) zbyt optymistyczna i (na głos) zastanawiałem się czy by czasem nie zmienić hobby na co mniej popularnego. Tak czy inaczej jak już byłem, to zrobiłem kilka zdjęć, choć klimat niczym nie mógł się równać z tym sprzed kilku lat, kiedy to w nie do końca legalnych okolicznościach miałem okazję zwiedzić część łódzkiej Manufaktury, która to najwyraźniej została pominięta w planach remontu. Zasadniczą różnicą był fakt, że wówczas w przeogromnym budynku nie było nikogo poza nami. Różnica w odbiorze tak ogromnej przestrzeni opiera się właśnie na poczuciu pustki i samotności. Dlatego też uważam, że wizyta w EC-1 sens miała co najwyżej średni właśnie dlatego, że było tam pełno ludzi.
Co się stało z moim pytaniem napiszę w następnym wpisie, bo tam bardziej będzie na to miejsce.
Kilka fotek ze starej Manufaktury:
Oraz kilka z tegorocznej EC-1









Money As Debt – m.in. skąd się wziął kryzys i dlaczego
Film trwa prawie 50 minut, ale naprawdę warto go zobaczyć jeśli interesuje was sens ekonomiczny współczesnego świata. Nie znam się na ekonomi, ale matematycznie chyba mi się to zgadza. Co stanie się jeśli zacznie się pożyczać na procent pieniądze, których tak naprawdę się nie ma?
JP2 jeszcze raz
Dziś czwarta rocznica śmierci Jana Pawła 2. Portale prześcigają się w zamieszczaniu artykułów na ten temat, wykresy z tabelkami (!) statystyk odpowiedzi na pytania. ~20% Polaków twierdzi, że Jan Paweł 2 odmienił ich życie bardzo, ponad 60% Polaków odpowiedziało, że “raczej tak”. Jednocześnie w tym samym kraju matka porzuca 11-sto letnią córkę (próbowała podrzucić ją dziadkowi, który odmówił zaopiekowania się dzieckiem), pomimo iż rok wcześniej porzuciła jej dwa lata starszą siostrę organy prawne nie wyciągnęły wobec niej żadnych konsekwencji (mimo iż porzucenie dziecka jest w tym kraju przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat trzech). Wezwani policjanci ustalili, że matka zasłania się trudną sytuacją finansową jednocześnie weszli do domu oraz ustalili, że jest on dobrze wyposażony w sprzęt agd/rtv a lodówka pełna. I poszli do domu. Tyle. Sąsiedzi powiedzieli telewizji, że ta pani to w sumie spokojna i sympatyczna, ale jej “konkubent” to niemiły człowiek. Nikt nawet nie ruszył czterech liter, żeby matce odebrać prawa rodzicielskie, że nie mówię nawet o poważniejszych konsekwencjach.
To co boli najbardziej, to obojętność innych ludzi. Wybaczcie mi te polityczne wrzuty, ale to naprawdę przykre jest, szczególnie że jak zwykle cierpią niewinni, w tym przypadku mała dziewczynka, której chyba nikt nie jest w stanie wytłumaczyć o co chodzi.
Rock me JP2!
Prasując rano koszulę miałem okazję “usłyszeć” dzisiejszy przegląd prasy i zapowiedzi dzisiejszych atrakcji medialnych, szczególnie jednej. Z okazji rocznicy śmierci Karola Wojtyły TVP organizuje konkurs wiedzy historycznej o życiu i pontyfikacie Jana Pawła II oraz kampanię promocyjną z tym związaną. Dzisiejszy SuperExpress drukuje nawet gotowe karty do wypełniania, dzięki którym od razu po usłyszeniu pytania można bez bazgrania po kartce wpisać odpowiedź. Super!
Zasadniczo idea ta jest jak najbardziej słuszna, Jan Paweł II stał się autorytetem, których to tak bardzo nam brakuje ostatnimi czasy. Dzieciaki nazywające siebie “Pokolenie JP2″, cały boom medialny, nawet piny są dostępne z Papierzem. Fajnie, ale… zawsze jest niestety jakieś ‘ale’.
Niedługo po śmierci Papierza kibice któregoś z klubów piłkarskich urządzili demonstrację poparcia – było śpiewanie na stadionie, o ile mnie pamięć też nie myli była minuta ciszy, flaga etc. Niestety – po meczu było napierdalanie się ze sobą i z policją jak zawsze. Piny z JP2 można kupić tuż obok pinów z Che Guevara’ą i znaczkami “Legalise it” z liściem konopi
SuperExpress na codzień bardzo lubuje się mm.in. w obnażaniu kościelnych afer, mam nadzieję, że formularza konkursowego nie będą drukowali w okolicy ostatniej strony gdzie zawsze znajduje się goła d… Ciekawe też ile TVP dostanie z reklam przed programem i czy są jakieś szanse w ogóle liczyć, że choć część tych pieniędzy przeznaczy na jakiś dobry cel.
Cały ten wywód to trochę czepianie się szczegółów, ale mi chodzi głównie o to, że moim zdaniem cała ta mania JP2 jest tylko na pokaz i dla TV a nie idzie za tym zmiana mentalności ludzi – cały czas jesteśmy tak samo chamscy i niemili jak dawniej. Cały czas bogaci okradają biednych, biedni okradają kogo się da, urzędy i politycy okradają wszystkich bez wyjątku. Uśmiecham się do ludzi na ulicy a oni myślą, że są brudni na twarzy, albo że ja jestem ućpany. To nie tak być powinno moi mili. Wszyscy wiemy jakie wartości propagował Jan Paweł II, po tym jak przebaczył człowiekowi, który do niego strzelał, po tym jak walczył o dialog i przyjaźń z innymi religiami, po tym wszystkim co zrobił dla szerzenia dobra na świecie… jednym z pytań konkursowych TVP jest “Jak miała na panieńskie nazwisko matka Karola Wojtyły”. To nie to jest istotne, tylko, żeby główne wartości przesłania JP2 wprowadzać do naszej codzienności, czego – moim zdaniem – nie robimy.
Smutne ale – niestety – tak bardzo prawdziwe:
wpadłem w niezły kanał
Nie pamiętam nawet kiedy poznałem potęgę kanałów RSS. To naprawdę świetna sprawa, przynajmniej w teorii. Działa to w ten sposób, że jak trafię np. na interesujący blog, czy jakikolwiek inny serwis, który oferuje swój kanał RSS kopiuję jego adres i subskrybuję w programie, który obsługę takowych kanałów oferuje (np. Thunderbird, bo przy okazji odbiera pocztę i robi milion innych przydatnych rzeczy, można też Firefoksem, Google Reader’em i wieloma innymi). Teraz mogę zapomnieć o serwisie, ale za każdym razem gdy jego autor(-zy) doda(-dzą) jakiś wpis, to wkrótce w moim programie pojawi się o tym informacja, a nawet więcej – jednym kliknięciem będę mógł ten tekst przeczytać i to bezpośrednio w programie pocztowym, bez przechodzenia do przeglądarki. W ten oto sposób mogę łatwo podłączyć sobie kilka, kilkanaście a nawet kilkaset serwisów, które uważam za ciekawe. Zaoszczędzam ogromną ilość czasu, który musiałbym poświęcić na regularne sprawdzanie, czy autorzy tychże wykazali się płodnością twórczą, czy też nie. Siedzę sobie więc przed kompem (a nawet nie muszę, gdyż równie dobrze mogę być gdzieś zupełnie indziej) a program odwala za mnie całą robotę – dostaję garść fotek z wyprawy Bartka Pogody, newsy z fotopolis, obserwuję fotoblogi znajomych oraz zupełnie obcych osób tylko dlatego, że uznałem je za w jakiś sposób ciekawe. Do tego serwisy IT security, inne portale o fotografii, cokolwiek mnie zainteresuje.
Obecnie chyba wszystkie szanujące się serwisy oferują RSS, do blogów dodawane są automatycznie, czy tego sobie autor życzy (wiele osób w ogóle o tym nie wie) czy nie. Gdzie jest haczyk?
Nawet nie zauważyłem gdy ilość wiadomości spływających do worka RSS zaczęła przekraczać moje możliwości czytania. Samo przejrzenie zajmuje niemało czasu. Zasubksrybowanie takiego Slashdot’a (slashdot.org) w ciągu ok. dwóch miesięcy wygenerowało ponad 4000 wiadomości, których nie mam czasu nigdy przeczytać. Portale fotograficzne spamują wszystkie tymi samymi newsami o dziesięciu nowych modelach kompaktów firmy X czy Y (oczywiście każdy w osobnym wątku nawet jeśli różnią się tylko kolorem obudowy i rozmiarem matrycy o 1mpix – jak by to w ogóle robiło jakąkolwiek różnicę). Portale IT na wyścigi informują ile to dwutlenku węgla generuje jedno wyszukiwanie w google tylko po to, żeby następnego dnia równie donośnie informować, że poprzedni wpis to wyssana z palca bzdura. Kilku płodnych fotografów z Flickr’a też potrafi dać czadu z ilością fotek, ale to jeszcze pół biedy, gorzej gdy wypadałoby chociaż rzucić okiem na dłuższe teksty przeróżnej maści. Kolejną rzeczą, którą zauważyłem, to fakt, że świetny na pierwszy rzut oka blog może na dłuższą metę okazać się nieco nudny. Z jednej strony zdarzają się pozycje zbyt osobiste, pełne fotek z imprez i z domu, z drugiej artystyczne na siłę i “poprawne politycznie”. Czasem spotka się kogoś, kto aż do bólu stara się być konsekwentny, chyba w nadziei, że ktoś tę konsekwencję odbierze jako posiadanie swojego własnego stylu – świętego graala fotografii. Niestety i nie tędy droga, konsekwentnie robiąc takie same zdjęcia stają się nudne – własny styl ma ktoś, kto potrafi robić zdjęcia na sto różnych sposobów, a zawsze będą rozpoznawalne, czy tego chce czy nie.
Cytując Afrokolektyw “W poszukiwaniu chleba trafiłem do chlewa”, wiem że powinno być “do chlewu”, ale by się nie rymowało. Tak czy inaczej wszystko jest dobre jeśli używane z umiarem, pora krzyknąć “Basta!” i przeczyścić menadżer kanałów. Trochę szkoda mi będzie niektórych, szczególnie tych, które między stertą śmieci potrafiły zaoferować prawdziwą perełkę wiedzy. Może ich twórcy zrozumieją wkrótce, że jakość serwisu nie zawsze jest równa częstotliwości zamieszczania (nie zawsze sprawdzonych i nie zawsze potrzebnych) wiadomości.
I tak uważam, że RSS to jedna z najmądrzejszych rzeczy jaką wymyślono w internecie i nie wyobrażam sobie życia bez kanałów.
Zawsze powtarzam, że moim zdaniem w fotografii najpierw trzeba się nauczyć jakich zdjęć nie robić (a przynajmniej jakich nie pokazywać), potem dopiero uczyć się jak robić takie, jakie się wie, że by należało robić. Podobnie – będąc w tym gąszczu blogów trochę mi się rozjaśniło co by tu zrobić żeby mój nie utonął i był w jakiś sposób wart przeczytania/zobaczenia właśnie jego. Na razie nie wiem jeszcze jak to zrobić, ale mam nadzieję, że jestem o krok bliżej
Łubudubuntu
Dostałem wczoraj płytkę z Ubuntu Shipit. Wersja 8.10, minimalnie spóźniona. Choć od jakiegoś czasu mam ściągnięte ISO z netu to nie to samo co oryginalna płytka. Nie jest to może jakaś wiekopomna chwila, co wydanie tysiące jeśli nie setki tysięcy ludzi na świecie dostaje takie właśnie płyty, ale myślę, że należy to w jakiś sposób doceniać i promować. Promować fakt, że nie dość, że nikt nie każe mi płacić za ten system, to jeszcze wystarczy poprosić, żeby otrzymać za darmo oryginalną płytę, bodajże z Francji, na koszt nadawcy, z podziękowaniami, że raczymy łaskawie używać ich softu. Można naprawdę poczuć się jeśli nie wyjątkowym, to w jakiś sposób docenianym. Oczywiście płytka nie jest po to, żeby leżała na półce, jeśli ktokolwiek jest zainteresowany z chęcią wykonam bodajże pierwsze przykazanie Ubuntu – “Pass it on!”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy “Puść ją dalej”. Służę też wsparciem technicznym i wszelką inną pomocą. Pewnie się zaraz pojawi jakiś piewca i miłośnik innej dystrybucji, ale niech sobie da spokój – mnie nie nawróci, mam co chcę, ja po prostu nie lubię spędzać nad grzebaniem w kompie więcej czasu niż jest mi to potrzebne. Skoro działa, to po co zmieniać.




Snowboard
W oczekiwaniu na Święta oraz końcówkę grudnia, kiedy to żelaznym planem jedziemy w góry przeglądam trochę filmików snowboard’owych na youtube. Może to tylko moje subiektywne odczucia, ale odnoszę wrażenie, że w tych filmikach czegoś brakuje – jest trochę tutoriali dla początkujących, a potem nagle kolosalny przeskok do filmików zmontowanych z wycinków kilkudziesięciometrowych “lotów” i odjechanych tricków. Coraz większe rampy, skocznie poręcze w snowparkach itp. Szybko, dynamicznie, mocno, daleko. Ale gdzieś nie mogłem znaleźć niczego, co pokazywałoby subtelną przyjemność tego sportu, delikatne piękno ośnieżonych szczytów i przyjemności z nich zjeżdżania. Tak po prostu sunąć w dół i podziwiać okolicę. To właśnie mam zamiar robić za miesiąc z kawałkiem. Niestety oczywiście nie na takim poziomie jak tutaj, ale i tak będzie super. Filmik w hołdzie pamięci Tommy’ego Brunner’a, który zginął w 2006 pod lawiną w czasie zjazdu. Dla mnie ten film, to esencja (tzw. samo gęste) tego sportu. Zapraszam
1 komentarz