Amerykanie
Chyba najmłodszy naród świata, jednocześnie jeden z najmocniej odczuwających swoją narodową przynależność. Wielka mieszanka ludzi ze wszystkich zakątków świata, którzy mniej niż 300 lat stanowią jedną nację. Jednocześnie wydaje się, że pałają mocniejszym uczuciem do swojego kraju niż narody Europy. Polecieli na księżyc(!), znacznie przyczynili się do wygrania II Wojny Światowej (Normandia wraz z Brytyjczykami), pierwszej o dziwo zresztą też (długa historia), wszystko mają NAJ…
Nie powiem, że wszystko mi się w nich podoba, bo wiele można im zarzucić, ale czego nie można im odmówić to patriotyzmu i determinacji, dzięki której w tak krótkim czasie zbudowali tak wiele, na byle zadupiu (a mają tego baardzo wiele) są drogi lepsze niż w Polsce, jak to wytłumaczyć?
O ścieżkach rowerowych, częściach wspólnych zbiorów i zmienianiu świata
Dowiedziałem się ostatnio ciekawej rzeczy o ścieżce rowerowej, którą codziennie jeżdżę do pracy. Otóż zacząć by należało od zwrócenia uwagi na fakt, że ścieżką rowerową do końca nie jest – wydzielone pasy na jezdni z namalowanymi symbolami rowerów oraz znaki pionowe informujące, że nie jest to ścieżka rowerowa. Jak to możliwe? Ścieżka została wyznaczona bez konsultacji z mieszkańcami, którzy to mieli o ten fakt wielkie pretensje, więc w związku z licznymi protestami “lokalnej społeczności” wycofano się z decyzji i postawiono w.w. znaki. Super. Zastanawia tylko fakt, czemu ci ludzie protestowali przeciwko tym ścieżkom gdy w innych miejscach ludzie urządzają pikiety, żeby wymusić na władzach uruchomienie takich właśnie ścieżek? Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem żeby się domyślić, ze chodzi m.in. o parkowanie aut na ulicy (choć ci ludzie akurat mają tam podwórka, ale pewnie się wjeżdżać nie chce).
Przypomniało mi się wiele tego typu sytuacji – apele o utworzenie obwodnicy (np. słynnej Augustowa), potem protesty mieszkańców okolic, gdzie ta obwodnica miałaby przebiegać, legendarne już narzekanie kierowców na wąską zakopiankę i protesty górali przeciwko jej poszerzaniu, wreszcie protesty ekologów (nie tylko Rospuda) związane z brakiem akceptacji miejsc budowy dróg. Ostatnio w tym samym wydaniu wiadomości miałem okazję oglądać reportaże z miejsc gdzie protestowali zwalniani pracownicy zamykanych fabryk oraz protesty pracowników fabryki samochodów na “F”, którym to w związku z dużym zainteresowaniem samochodami tej marki kazano pracować w niedzielę. O ile jestem za ekologią, to obecnie też zaczyna to zjadać własny ogon – jednocześnie protestuje się przeciwko budowie elektrowni atomowych a w tym samym czasie buntuje się przeciwko planom budowy zalewu i elektrowni wodnej (na terenach, które nie są nawet parkiem krajobrazowym i nie mają wartości ekologicznej większej niż każdy inny las w Polsce). Dziwi fakt, że jedynymi w miarę akceptowanymi przez ekologów elektrowniami są te węglowe, które nota bene najbardziej zatruwają środowisko i są głównymi domniemanymi przyczynami domniemanego efektu cieplarnianego (piszę o domniemaniach, ponieważ nie jestem przekonany co do całej tej afery, były w historii naszej planety zlodowacenia, były też okresy bardzo ciepłe. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale choćby przez nasz kraj kiedyś przewalił się lodowiec a potem się roztopił, nie było tam przecież fabryk).
Podobnie jest niestety z naszą uczciwością, każdy deklaruje, że chciałby żeby w tym kraju było uczciwie a jak postępujemy kiedy nadarza się okazja wszyscy wiedzą. Tłumaczy się, że po wojnie i za komuny tak właśnie trzeba było postępować, ale nikt nie wie ile jeszcze lat będziemy komuną czyścić własne sumienia. 20 lat po wydarzeniach roku 1989 zaczyna mnie to już trochę irytować.
W gruncie rzeczy, to podsumowując przyszła mi na myśl ciekawa teoria – uogólniając: wszyscy chcieliby, żeby wszystko się w tym kraju zmieniło, najlepiej na lepsze. Równocześnie nie zauważamy zmian, które ostatnio miały miejsce (co już jest inną historią), co najgorsze – sami niewiele tych zmian wnosimy. Wychodzi na to, że pojęcie “wszyscy” dla typowego Polaka oznacza “wszyscy oprócz mnie”. Stosując pseudo-matematyczny zapis funkcji wszyscy(ja) = wszyscy-ja gdzie ‘wszyscy’ jest funkcją (przyporządkowaniem), ‘ja’ argumentem a prawa strona jest zbiorem wartości. Jeśli uogólnimy i wyciągniemy część wspólną takiego zbioru dla każdego, to okaże się, że jeśli każdy siebie samego wyklucza ze zbioru wszystkich, to …
wszyscy(wszyscy)= wszyscy-wszyscy=nikt
I myślę, że to poprawny wniosek, bo jeśli każdy czeka aż ktoś inny coś zrobi, to w końcu nikt nie zrobi nic, a przecież tak wiele możemy zrobić, choćby przez zwykłą ludzką uczciwość i uczynność. Żeby np. ten film przestał tak dobrze opisywać naszą mentalność.
Już jutro (*dziś) nowy Pentax K-7
Była to chyba najciekawsza – moim zdaniem – kampania reklamowa aparatu ostatnich lat. Zaczęło się od pogłosek i zdjęć, jakichś jakby robionych telefonem sprzed kilku lat. Nic w sumie na nich nie było, ale zamieszanie się zaczęło. Spekulacje, domysły, żarty, ściemy, głuchy telefon. Większość osób nie wierzyło w taką szemraną kampanię i myśleli – włącznie ze mną! – że to w gruncie rzeczy jakaś ściema (inne firmy chwalą się sprzętem jeszcze zanim w ogóle powstanie i wszyscy taką politykę uważają za standard). Potem już oficjalnie – kilka tajemniczych zdjęć (swoją drogą bardzo ładne, niektóre wręcz… artystyczne) i data 20 maja 2009, i ani słowa wcześniej. Co ciekawe w tym wszystkim całe to zamieszanie i niemały jednak rozgłos nie kosztowały producenta zupełnie nic. Trochę mi lżej na duszy gdy wiem, że producent nie wydaje ‘moich’ pieniędzy na głupie reklamy, tak po prostu wolę płacić za produkt anie za marketing. Dzięki temu (porównywalne analogicznie jakościowo) produkty tej firmy są znacznie tańsze (analogiczne jakościowo – t.j. pod względem parametrów). Nie jestem ani sprzętowym onanistą ani firmowym nacjonalistą, nowego aparatu teraz nie kupię bo ten,który mam w zupełności mi wystarcza a nawet śmiem stwierdzić, że nie dorastam do jego możliwości. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na bardzo ciekawą, pomysłową i stylową kampanię – pokazali, że naprawdę da się to zrobić bez nakładów finansowych. Co moim zdaniem również jest godne naśladowania, to że Pentax od 2006 roku wypuścił raptem 3 modele (z czego dwa w dwóch wersjach: K10 i uboższy brat K100, potem K20 analogicznie K200 oraz mała lekka i prosta lustrzanka K-M. Uważam, że te modele prawie w pełni wypełniają możliwości zapotrzebowania, może poza najbardziej doświadczonymi użytkownikami, profesjonalista (ale to taki naprawdę pro), może mieć niedosyt “mocy” i parametrów, mam nadzieję, że K-7 tę lukę wypełni. Analogicznie w przypadku Nikona już dawno straciłem rachubę, nie wiem czym różni się D70 od D70s, D40 od D40s, D90 od D200, teraz jeszcze D3X, D5000, wkrótce chyba zaczną podawać numery modeli w postaci wykładniczej D2*10^7
Jako bonus dorzucę kilka obrazków z kampanii



Analogicznie dwa obrazki z kampanii nowych lustrzanek Sony. Bez komentarza. Edit: miało być bez komentarza, ale się ktoś zdziwił o co mi chodzi, więc chodzi mi o to, czy aparat ma być narzędziem(czasem instrumentem), które robi zdjęcia, czy chodzi o to, żeby zajebiście z nim wyglądać?


Quo vadis photo? #2
Zanim zacznę chciałem podkreślić, że poniższy tekst (jak zawsze) jest tylko subiektywną opinią. Nikt nie musi się z nią zgadzać, krytyka mile widziana, ale oby konstruktywna.
Obiecałem relację z drugiej części tegorocznego Fotofestiwalu. Drugiej części t.j. Grand Prix, wystaw wybieranych przez jakieśtam jury (nie jestem dziennikarzem, nie muszę wiedzieć jakie to znane nazwiska przyznają nagrody i szczerze mówiąc – niebardzo to mnie interesuje). Wchodząc na górę byłem co najmniej podbudowany poziomem programu głównego i naprawdę żywiłem niemałe nadzieje co do nagrodzonych wystaw. Jak to jednak zwykle w życiu bywa – jak wystawisz tyłek, to cię ktoś w niego kopnie. Poziom Grand Prix FF 2009 dla mnie to w gruncie rzeczy szkoda słów. Tak – ktoś powie, że się nie znam na sztuce. Pewnie nie. Takie natomiast moje zdanie, że w tym roku ktoś na górnej półce postawił tanie wino spod lady. Nie wiem jakie były kryteria przyznawania nagród, i czy nie była to czasem ilość wypitego wspólnie alkoholu (chyba z dużą dawką metylowego, bo na wzrok zaszkodził). Mnie te zdjęcia nie tylko nie ruszyły a nawet rozczarowały. I to bardzo. Spodziewałem się czegoś więcej po imprezie kandydującej do miana najpoważniejszej imprezy foto w tym kraju. Główną nagrodę zdobyła jakaś Pani, ktoś powie, że jestem ignorantem, bo jej nazwisko to jakiśtam symbol i co to nie zrobiła wcześniej. Nie obchodzi mnie to za bardzo, bo od wystawy nagrodzonej grand prix oczekuję przede wszystkim poziomu. Jeśli zobaczę coś wartościowego, to z chęcią dowiem się więcej o autorze. Nie musi to być nawet efektowne, byle było ciekawe, w jakiś sposób odkrywcze, indywidualne etc. Tutaj w gruncie rzeczy jedna rzecz rzuciła mi się w oczy – “gudzowatyzm”. Modny jest to styl w tym roku (szczególnie po równie kiepskim WPF i to już nie tylko moje zdanie), jednak tutaj niczym odgrzewany kotlet smakuje nienajlepiej. Nie poruszyło mnie również wyróżnienie drugiej wystawy, choć w gruncie rzeczy była lepsza od głównej nagrody. Poza tym kilka innych wystaw w moim odczuciu bardziej zasługiwało na GP bardziej niż ta, która wygrała. Może za rok będzie lepiej.
Chciałem tylko dodać, że to co myślę o tegorocznym Grand Prix nie zmienia mojego stosunku do Łódź Art Center – cały czas uważam tę organizację za jedną z najlepszych rzeczy jaka mogła się przytrafić Łodzi – dzięki Krzysztofowi Candrowiczowi co roku w okolicach maja Łódź jest na ustach całego światka foto, razem z resztą ludzi LAC robią coś niebywałego (nie tylko w skali naszego skostniałego kraju). Grand Prix traktuję jako wpadkę, a może po prostu ja nie “kumam” tego wypasu :/
Tu jedno ze zdjęć z serii, która zdobyła główną nagrodę. Kto mi powie czym się różni zdjęcie kupy od zdjęcia kupy zrobionego aparatem otworkowym?


Szacunek dla wolontariuszy wieszających wystawy – naprawdę fajnie to zrobili

Fotofestiwal 2009
W przedostatnim wpisie można przeczytac, jak to zobaczywszy tych wszystkich ludzi z aparatami w EC-1 zacząłem się zastanawiać jaki sens ma fotografowanie, skoro – wydawałoby się – nic nowego w tej kwestii wymyślić nie można a tłumy ludzi z aparatami wszędzie dookoła sprawiają, że nie pozostaje nic innego jak utonąć we wtórności i powielać wciąż te same miejsca, kadry, techniki (bo przecież przysłowiowe “wszystko już było”). Jak się wkrótce przekonałem – nic bardziej mylnego. Po wizycie w EC-1 wybraliśmy się do głównej siedziby Łódź Art Center gdzie odbywa się tegoroczny (ósmy już) Fotofestawial. Muszę przyznać, że program główny zaskoczył mnie chyba najbardziej w historii fotofestiwali, na których zdażyło mi się być. Naprawdę jest co oglądać (do końca miesiąca wciąż można zwiedzać wystawy!) i wniosek, jaki mi się nasuwa po zobaczeniu tych wystaw jest jednoznaczny – fotografia ma się co najmniej dobrze. W przedstawieniu wystaw nie będę hotlinkował obrazków, gdyż nie chcę robić sobie tutaj reklamy czy galerii cudzym kosztem – w każdym opisie jest link do strony FF gdzie można zobaczyć miniaturki zdjęć.
Gdybym miał wymienić te, które zrobiły na mnie największe wrażenie wskazałbym np. genialny w swojej prostocie (jako pomysł) i jednocześnie w dbałości o szczegóły (wykonania) projekt “Marząc o lataniu” Jana von Holleben’a. W kilku obrazkach autor zawarł jeśli nie całość, to wielką część esencji dzieciństwa. Bez zbędnych ozdób i fotoszopów – wystarczy wejść na drabinę i zmienić nieco perspektywę patrzenia a nagle zmienia się cały świat. Brawa dla Pana Jana!
Dalej np. Erik Boker, który pokazuje, że można zrobić świetną wystawę ze zdjęć najzwyklejszej pasty do zębów – Dysekcje produktów,
Giuseppe Di Bella i Cykl Abu Ghraib (2004/2006) – bardzo intrygujący projekt bezlitośnie obnażający współczesną obojętność ludzi na zło, które dzieje się dookoła.
W podobnej tematyce socjologiczno – politycznej mamy kolejny projekt “Cyrk Nowego Świata” John’a Goto – na pograniczu fotografii i fotomontażu satyra o tematyce współczesnego świata.
Kateřina Držková i Barbora Kleinhamplová z serią zdjęć IKEA – pokoje bardzo pokazowe – tutaj pod linkiem zobaczyć można te zdjęcia, ale nijak nie oddaje to sensu wystawy, bo tego co trzeba na tych miniaturkach po prostu nie widać – chodzi o to, że na tych wszystkich zdjęciach wszystkie meble mają metki z cenami, bo to sklep Ikea. Niestety zdaję sobie sprawę, że napisanie tego nijak nie może się równać z zobaczeniem tego “na żywo” w galerii.
Z ciekawostek należałoby jeszcze zwrócić uwagę na bardziej performance niż fotografię w wykonaniu Midori Mitamury i Masanori Ikedy. “Dziergająca kobieta w kamienicy” to – w mojej opinii – świetna metafora upływu czasu i historii (żeby zrozumieć trzeba przeczytać opis).
Słowem podsumowania powiem, że naprawdę podoba mi się tegoroczny program. Fajnie, że ktoś w fotografii szuka sensu i przekazu a nie tylko megapikseli. Nikogo tu nie obchodzi jaka to marka i model aparatu, jaki matierał, obróbka. Liczy się przekaz, wizja, styl i szczegóły, do tego wszystkiego muszę przyznać, że poszczególne wystawy zostały naprawdę bardzo dobrze wybrane. Może nie wszystkie mi się podobały tak bardzo jak te wymienione, ale całość została zorganizowana naprawdę dobrze. Za ten element tegorocznego FF należy się organizatorom naprawdę bardzo dobra ocena. Do tego było jeszcze kilka lepszych i gorszych prezentacji wideo, szczególnie przypadł mi do gustu miś Panda (a dokładniej dziewczyna w przebraniu misia) tańczący na rurze, naprawdę świetny pokaz z przekazem. Gdyby program główny był całością FF to możnaby śmiało wystawić ocenę końcową i zamknąć temat, ale przecież mamy jeszcze fotografię z wyższej półki, a dokładniej z wyższego piętra czyli (werble) Grand Prix (fanfary). O nich napiszę co nieco w najbliższym czasie.
PS. Dlaczego w mediach i portalach “niby o fotografii” cały czas robi się ludziom pranie mózgu i wmawia, że to aparat jest celem, że lepsze zdjęcia można uzyskać wyłącznie przy użyciu lepszego sprzętu.
Quo Vadis Digital Photo?
Tydzień temu w ramach tegorocznego Fotofestiwalu miałem okazję zobaczyć łódzką Elektrociepłownię EC-1. Co tu dużo mówić – została otwarta jako atrakcja turystyczno-fotograficzna, z naciskiem na tę drugą, bo który turysta o zdrowych zmysłach mógłby chcieć to oglądać? Jedyni, których to mogło interesować to autochtoni, przesiąknięci łódzkim klimatem (żeby nie mówić smrodem) na wylot lub przyjezdni oraz byli mieszkańcy tego miasta, jak np. ja, którzy (nie wiedzieć czemu) po prostu w jakiś dziwny sposób pokochali ten klimat, tak jak kocha się kulawego psa – ułomność, która (poprzez litość chyba) przeradza się w uczucie. Co tu dużo gadać – w jakiś dziwny sposób wsiąkłem w to miasto, choć chyba mało kto zaprzeczy – jest (a co najmniej bywa) odrażające.
EC-1 ma zostać przebudowane, znajduje się w samym prawie centrum miasta, jest to niesamowicie atrakcyjna pod względem inwestycji część miasta (ameryki to ja tym stwierdzeniem nie odkryłem). Ktoś w końcu zrozumiał, że miejsce to (jak i pobliski dworzec Łódź Fabryczna) powinno się zrównać z poziomem wód gruntowych – np. przy użyciu kontrolowanej eksplozji atomowej
Wujek Gugel (google.pl) twierdzi, że może to mieć związek z Planem rewitalizacji terenów starej elektrociepłowni EC-1 w Łodzi
Wszystko fajnie, ale jedna rzecz mnie przeraziła… ilość osób z aparatami (w 99% lustrzankami cyfrowymi tzw. DSLR) która ta się pojawiła. Najbardziej na myśl przychodzą mi słynne obrazki “where’s Wally”. Po prostu mrowie, wszędzie ludzie z aparatami. Przyszło mi zmierzyć się z pytaniem – dokąd to hobby prowadzi? I odpowiedź niestety nie była (na ów moment) zbyt optymistyczna i (na głos) zastanawiałem się czy by czasem nie zmienić hobby na co mniej popularnego. Tak czy inaczej jak już byłem, to zrobiłem kilka zdjęć, choć klimat niczym nie mógł się równać z tym sprzed kilku lat, kiedy to w nie do końca legalnych okolicznościach miałem okazję zwiedzić część łódzkiej Manufaktury, która to najwyraźniej została pominięta w planach remontu. Zasadniczą różnicą był fakt, że wówczas w przeogromnym budynku nie było nikogo poza nami. Różnica w odbiorze tak ogromnej przestrzeni opiera się właśnie na poczuciu pustki i samotności. Dlatego też uważam, że wizyta w EC-1 sens miała co najwyżej średni właśnie dlatego, że było tam pełno ludzi.
Co się stało z moim pytaniem napiszę w następnym wpisie, bo tam bardziej będzie na to miejsce.
Kilka fotek ze starej Manufaktury:
Oraz kilka z tegorocznej EC-1









Dziadek Tuska był w Wermachcie…
Wczoraj w naszym pięknym mieście miały miejsce uzupełniające wybory prezydenckie. Po tym jak w wyniku referendum (którego przyczyną było aresztowanie i postawienie przez prokuraturę zarzutów bieżącemu prezydentowi) odwołano prezydenta Zenona R. Skrócona kadencja (bodajże 15 miesięcy) była chyba łakomym kąskiem, bo miejska elita polityczna ruszyła z kampanią. Stawka była niezła – m.in. wiceprezydent (który nie wiem czy był ślepy czy nic go nie obchodziło, skoro podczas współpracy nie zauważył żadnych nieprawidłowości w działaniu swojego szefa, dyrektor miejscowej szkoły muzycznej (którego, owszem szanuję, ale zaskakuje fakt, że wcześniej, rzekomo, oficjalnie oświadczył, że nie będzie kandydował, a później zgłosił się tylko z powodu przymusu “z góry” parti), jedna kobieta i ktośtam jeszcze. Zasadniczo nawet gdybym kampanią się interesował trudno było przebić się przez wszechobecne stosy kłamstw i oszczerstw, którymi to raz po raz okładali się kandydaci. Dobrze, że poprzedni prezydent nie wziął na cel stanąć w wyborach (vide domniemanie niewinności), jednakże Zenon R. zrobił to, co każdy na kim ciążą zarzuty z prokuratury zrobić powinien – otworzył kancelarię prawniczą
W tym ogólnym zamieszaniu stwierdziłem, że muszę zdecydować się na jednego z dwóch kandydatów – Han Solo co prawda był przemytnikiem, ale raczej szlachetnym a znów ojciec Luke’a Skywalker’a (vide dziadek Tuska) był przecież wysoko postawionym dowódcą Mrocznego Imperium. Sami przyznacie, że był to trudny dylemat :/
Ktoś może powiedzieć, że jaja sobie robię tudzież nie interesuję się kto rządzi moim miastem, ale prawda jest taka, że nawet jak bym chciał, to rzetelne informacje giną w morzu kiełbasy wyborczej serwowanej przez kandydatów oraz stercie błota, którym obrzucają ich przeciwnicy. Poza tym trudno nie być zniesmaczonym tym co się dzieje. Przykład jeden z wielu: Jak mogę mieć zaufanie i szacunek do własnego (na szczęście już byłego premiera):
Jeśli Lech Kaczyński zostanie prezydentem, ja nie będę premierem.
Podobnych przykładów można niestety mnożyć w nieskończoność, ale po co, każdy wie o co chodzi.

JP2 jeszcze raz
Dziś czwarta rocznica śmierci Jana Pawła 2. Portale prześcigają się w zamieszczaniu artykułów na ten temat, wykresy z tabelkami (!) statystyk odpowiedzi na pytania. ~20% Polaków twierdzi, że Jan Paweł 2 odmienił ich życie bardzo, ponad 60% Polaków odpowiedziało, że “raczej tak”. Jednocześnie w tym samym kraju matka porzuca 11-sto letnią córkę (próbowała podrzucić ją dziadkowi, który odmówił zaopiekowania się dzieckiem), pomimo iż rok wcześniej porzuciła jej dwa lata starszą siostrę organy prawne nie wyciągnęły wobec niej żadnych konsekwencji (mimo iż porzucenie dziecka jest w tym kraju przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat trzech). Wezwani policjanci ustalili, że matka zasłania się trudną sytuacją finansową jednocześnie weszli do domu oraz ustalili, że jest on dobrze wyposażony w sprzęt agd/rtv a lodówka pełna. I poszli do domu. Tyle. Sąsiedzi powiedzieli telewizji, że ta pani to w sumie spokojna i sympatyczna, ale jej “konkubent” to niemiły człowiek. Nikt nawet nie ruszył czterech liter, żeby matce odebrać prawa rodzicielskie, że nie mówię nawet o poważniejszych konsekwencjach.
To co boli najbardziej, to obojętność innych ludzi. Wybaczcie mi te polityczne wrzuty, ale to naprawdę przykre jest, szczególnie że jak zwykle cierpią niewinni, w tym przypadku mała dziewczynka, której chyba nikt nie jest w stanie wytłumaczyć o co chodzi.
Rock me JP2!
Prasując rano koszulę miałem okazję “usłyszeć” dzisiejszy przegląd prasy i zapowiedzi dzisiejszych atrakcji medialnych, szczególnie jednej. Z okazji rocznicy śmierci Karola Wojtyły TVP organizuje konkurs wiedzy historycznej o życiu i pontyfikacie Jana Pawła II oraz kampanię promocyjną z tym związaną. Dzisiejszy SuperExpress drukuje nawet gotowe karty do wypełniania, dzięki którym od razu po usłyszeniu pytania można bez bazgrania po kartce wpisać odpowiedź. Super!
Zasadniczo idea ta jest jak najbardziej słuszna, Jan Paweł II stał się autorytetem, których to tak bardzo nam brakuje ostatnimi czasy. Dzieciaki nazywające siebie “Pokolenie JP2″, cały boom medialny, nawet piny są dostępne z Papierzem. Fajnie, ale… zawsze jest niestety jakieś ‘ale’.
Niedługo po śmierci Papierza kibice któregoś z klubów piłkarskich urządzili demonstrację poparcia – było śpiewanie na stadionie, o ile mnie pamięć też nie myli była minuta ciszy, flaga etc. Niestety – po meczu było napierdalanie się ze sobą i z policją jak zawsze. Piny z JP2 można kupić tuż obok pinów z Che Guevara’ą i znaczkami “Legalise it” z liściem konopi
SuperExpress na codzień bardzo lubuje się mm.in. w obnażaniu kościelnych afer, mam nadzieję, że formularza konkursowego nie będą drukowali w okolicy ostatniej strony gdzie zawsze znajduje się goła d… Ciekawe też ile TVP dostanie z reklam przed programem i czy są jakieś szanse w ogóle liczyć, że choć część tych pieniędzy przeznaczy na jakiś dobry cel.
Cały ten wywód to trochę czepianie się szczegółów, ale mi chodzi głównie o to, że moim zdaniem cała ta mania JP2 jest tylko na pokaz i dla TV a nie idzie za tym zmiana mentalności ludzi – cały czas jesteśmy tak samo chamscy i niemili jak dawniej. Cały czas bogaci okradają biednych, biedni okradają kogo się da, urzędy i politycy okradają wszystkich bez wyjątku. Uśmiecham się do ludzi na ulicy a oni myślą, że są brudni na twarzy, albo że ja jestem ućpany. To nie tak być powinno moi mili. Wszyscy wiemy jakie wartości propagował Jan Paweł II, po tym jak przebaczył człowiekowi, który do niego strzelał, po tym jak walczył o dialog i przyjaźń z innymi religiami, po tym wszystkim co zrobił dla szerzenia dobra na świecie… jednym z pytań konkursowych TVP jest “Jak miała na panieńskie nazwisko matka Karola Wojtyły”. To nie to jest istotne, tylko, żeby główne wartości przesłania JP2 wprowadzać do naszej codzienności, czego – moim zdaniem – nie robimy.
Smutne ale – niestety – tak bardzo prawdziwe:
„Ich bin ein Berliner”?*
Przedwczoraj na oficjalnym blogu last.fm pojawiła się informacja o wprowadzeniu obowiązkowej opłaty dla słuchaczy radia. Miałaby ona wynosić 3 EUR miesięcznie i pokrywać koszty, które last.fm ponosi m. in. na płacenie wytwórniom za udostępnianie muzyki. Jestem w stanie zrozumieć tę decyzję ogólnie, w sumie można było się tego spodziewać, ja sam od jakiegoś czasu noszę się (nie mylić z obnoszeniem się!) z zamiarem wykupienia subskrypcji. Muzyka to wytwór czyjejś pracy** i jeśli stać mnie na nią (a opłaty last.fm nie są jakieś strasznie wielkie) to czuję, że powinienem za nią płacić. Zastanawia tylko zapis, że z opłat będą wyłączeni mieszkańcy USA, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Po pierwsze nie rozumiem dlaczego akurat te kraje, po drugie zapis ten wprowadza niepotrzebne zamieszanie – czy położenie będzie określane na podstawie namierzania adresu IP z którego łączy się osoba? A co jeśli mieszkam w Honolulu i używam brytyjskiego serwera Proxy lub mieszkam w Londynie i używam proxy z Honolulu? Poza tym o ile mnie pamięć nie myli w Unii Europejskiej jedną z podstaw działania jest równe traktowanie wszystkich krajów członkowskich. Unia Europejska ostatnio prowadząc spór o przeglądarki z samym Microsoftem udowadnia, że nie jest tylko organem urzędowym i posiada rzeczywistą władzę i możliwość nałożenia sankcji na organizacje, które chcą prowadzić interesy na jej terenie a nie stosują się do ogólnych zasad. Uważam więc, że last.fm powinno wytłumaczyć nie z decyzji o wprowadzeniu opłat ale z decyzji zróżnicowaniu reguł i kryteriach wyboru krajów wyłączonych z opłat.
* – John F. Kennedy , 1963
** – w odróżnienia od oprogramowania opensource, które również jest wytworem czyjejś pracy, ale autor nie oczekuje za nią zapłaty
1 komentarz